Boli mnie Internet

Śmieszne kotki, żenujące teledyski z lat 90., plotki oraz obrazki są naprawdę zabawne. Wszyscy dobrze wiedzą, że Internet jest moim środowiskiem, że czuję się w nim jak ryba w wodzie. Nie muszę zbyt często wychodzić z domu, większość mojego świata zarówno zawodowego, jak i towarzyskiego opieram właśnie na swoich kolanach. Dziwne? Przerażające? Może dziesięć lat temu, dziś check-in’owanie się wszędzie, pisanie statusów i tweetów z najdziwniejszych miejsc i o wszystkim jest normalką – w końcu telewizja, która powoli traci swą władzę zaczyna doceniać Internet, a nawet archaiczni politycy korzystają z tabletów i Twittera.

Jest jednak taki moment w Internecie, który zaczyna boleć. Specjaliści od wszystkiego, wymądrzający się znawcy świata i kreatury zbudowane jedynie z dobrego PR-u przerażają mnie. Umówmy się – nie uważam się za specjalistę w tym co robię. Ciągle uczę się, zdobywam umiejętności, ćwiczę i dużo czytam innych, by samemu kiedyś zabłysnąć. Życie nauczyło mnie pokory. Gdy ją osiągnąłem byłem z siebie dumny – w końcu! Tyle lat chodziłem z nosem do góry i patrzyłem pobłażliwie na otoczenie, a w końcu przyszły spodziewane zmiany. Tymczasem podczas mojej dobrowolnej reedukacji wszystko legło w gruzach, na których kiedyś byłem królem. Moment, w którym zwyczajnie chujowy wokalista pisze ironicznie na swoim blogu o chujowych wokalistkach jest momentem przełomu. Już minęliśmy etap, w którym Chujowy Wokalista udaje Dobrego Wokalistę. On już dawno w to uwierzył i teraz jest już na poziomie ironii z innych chujowych wokalistów. To sprawia, że wszelkie wartości już zanikły. Internet daje wolność – każdy może napisać o sobie co chce, kreować się i wymyślać na nowo. Tymczasem rzeczony Chujowy Wokalista nie dość, że pisze tak samo koślawo jak śpiewa, to jeszcze staje się autorytetem. Nikt nie ma luzu – ani Chujowy Wokalista, ani jego wpisy, ani tym bardziej durno wpatrzeni czytelnicy. Na boga! Skoro nie ma w tym mądrości, to bądźmy przynajmniej zabawni. Możemy śmiać się, że kto uzna taki autorytet. Tymczasem sam przekonałem że w Internecie sprawdza się stara maksyma Goebbelsa, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą.

Pracując w pewnym portalu „informacyjnym” dobrze widziałem mechanizm bycia specjalistą od wszystkiego. Szczęśliwie byłem zatrudniony w (zlikwidowanym już zresztą) dziale kultury, więc moje specjalizacje rozciągały się zaledwie na tym gruncie – co by nie było, niezwykle szerokim. Inni mieli gorzej – rano pisali o Smoleńsku, a po południu wymyślali nowe trendy wśród lemingów. Socjo-poli-kulturo-ekono-specjaliści, niesamowity rozrzut. Po rozstaniu z serwisem zacząłem pracę jako wolny strzelec, co sprawiało, że musiałem zabiegać o zlecenia. Szczęśliwie jakoś sobie radzę, nie jest najlepiej, ale wierzcie mi, że wiele ofert odrzuciłem. Mimo mojego zainteresowania modą nie czuję się na siłach oceniać pokazy i pisać obszerne relacje. Podobnie z recenzjami filmów, których nie widziałem – tak, była taka niezwykła propozycja i pisania o muzyce, której nie znam – ta sama redakcja. Paranoja.

Czerpiąc wiedzę (nie informacje) z Wikipedii oraz dowolnie wskazanych nam przez Google stron stajemy się współwinni rozpadu jakichkolwiek wartości budowanych przez specjalistów. Dziś specjalistą jest każdy, niezależnie od wiedzy, doświadczenia i umiejętności. Jesteśmy generacją Oceniaczy, gdzie każdy ma swój tron i swoją arenę, na której awatary znajomych i nieznajomych przewijają się, a my klikami lajki lub usuwamy z puli.

Co gorsza – być może nawet przyznacie mi rację, lecz jak to mówiła moja polonistka, to już musztarda po obiedzie. Nie mamy wpływu na to co się dzieje. Machina ruszyła, a my mimowolnie jesteśmy świadkami i uczestnikami zanikania znaczenia ważnych słów, zamieniania ich w emotikony i duże zdjęcia z małymi podpisami. Czy jest gdzie uciec? Ja buduję sobie ponadczasowy folder blogów i portali, które dają wiedzę, a nie informacje. Mam wrażenie, że znaczenia tych dwóch pojęć również nam gdzieś umknęły.

Nie jest to próba wybielenia się z durnoty, którą wypuszczałem i wypuszczam do sieci. Nie pragnę też wchodzić w buty pretendenta do roli warszawskiego intelektualisty. Jestem wytworem i twórcą sieci, tak jak w mniejszym lub większym stopni każdy z nas. I patetycznie cytując kolejnego klasyka: niestety „show must go on!”

408986_358104924298600_1481717050_nPS. Wczoraj zupełnie bez związku na profilu Dynamitri wywiązała się na ten temat ciekawa dyskusja, warto przeczytać!

PPS. W ramach zaśmiecania Internetu polecam Wam nowy projekt muzyczny, który tworzę wraz z K. – Miau. Do posłuchania tutaj.

Komentarze:

0 Replies to “Boli mnie Internet”

  1. W dużej mierze jest to konsekwencja pauperyzacji wiedzy. Dzisiaj egzaminy nie polegają na wiedzy, ale na umiejętności wypełniania testów. A już od gimnazjum mówi się „to olej, bo tego nie potrzebujesz”. Nawet rodzice propagują już ograniczanie się do wąskiej dziedziny wiedzy, która będzie sprawdzana na egzaminie.

    Sami jesteśmy sobie winni, bo hodujemy sobie pokolenie „jak nie ma na teście to nieważne”. Owszem nie każdy musi być wielkim matematykiem czy historykiem, ale są pewne elementarne podstawy, które każdy może swoje przyswoić. Większości z nas tłumaczy się jednak, że są niepotrzebne, a matury czy egzaminy gimnazjalne mają się do tej wiedzy nijak, bo trzeba „myśleć kluczem”. Liceum niby ma jak nazwa wskazuje ogólnie kształcić, a kształci jedynie wybiórczo.

    Ale każdy chce być specjalistą(szczególnie kocham tych wielu studentów, panoszących się niczym wszechwiedzący, bo wypełnili testy), bo ludzie ogółem są próżni, a z racji, że autorytety zanikają(bo wszyscy wiedzą tylko to co na teście) to każdy uważa się za takiego.

    Ostatnio rozmawiałam z pewną osobą na temat afery wyboru miss w SGGW i stwierdziłam, że to nie najlepiej, że studentka(która zdała maturę nie tak dawno temu) nie wie kto to Żeromski, ale co gorsza tłuczony od gimnazjum i na wszystkich świętach(czy okazjach) Mickiewicz. Odpowiedź? Ona ma wiedzieć to co studiuje, a nie kto to był Żeromski.

    A propos Żeromskiego to dziś w artykule dotyczącym matury z jęz. polskiego na portalu gazeta.pl pojawiła się informacja, że na egzaminie były tematy na wypracowanie z Glorii victis i wiersza Baczyńskiego, albo „Przedwiośnia” Stanisława(sic!) Żeromskiego.

    Co zabawne wszyscy studenci, licealiści, a także ci co ukończyli szkoły wyższe zarykiwali się ze śmiechu oglądając gimnazjalistów nie wiedzących ile dni ma rok. Sami często nie są lepsi.

    Kiedyś student pretendował do bycia inteligentem. Dzisiaj samo bycie studentem nic nie oznacza. O ile można jeszcze mówić o istnieniu(szczątkowej) inteligencji to kreuje się ona z ciężkiej pracy własnej.

    Dopóki kreujemy takie „elity” to ta tendencja raczej nie ulegnie zmianie. Pytanie co robić?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *