Bycie Polakiem powinno być refundowane

W swoim życiu poznałem pewnie dziesiątki tysięcy ludzi, bo kiedyś zamiast żyć prowadziłem życie towarzyskie. Bywało różnie, lecz teraz – po zakończeniu kolejnej terapii – nasuwa mi się jeden ważny wniosek: wszyscy potrzebujemy natychmiastowej pomocy.

Przez jakiś czas myślałem, że nie warto uogólniać, że to nie kwestia narodowości, a uwarunkowań środowiskowych, że ciężko tak wyrokować. Czyżby? Teraz śmiem wątpić. Jest w nas coś, co nas wyróżnia. Pewien rodzaj skwaszenia, wrażliwości połączonej z histerią, braku jakiegokolwiek zaufania do kogokolwiek oraz wewnętrznej, długo kumulowanej złości. Biorąc pod uwagę naszą skomplikowaną historię narodu śmiem się temu nie dziwić. Śmiem uważać, że mamy prawo mieć problem z własną tożsamością, proporcją dumy i pewności siebie, bo przez całe wieki próbowano to w nas zniszczyć.

Te frustracje wyładowujemy na różne sposoby. Najprostszy i „polski” to oczywiście alkohol. Kiedyś to była wódka, dziś wykwintniejsze i nisko procentowe trunki. Zabawne, że ci drudzy śmieją się z panów pod blokiem łojących browarki. Zabawne, bo przecież zarówno cel, jak i finał jest ten sam.

Uczucie braku czegoś, stałe napięcie, rozdrażnienie, problemy z koncentracją, trudności w abstrakcyjnym myśleniu, natrętne myśli, apatia, zobojętnienie, ból, zwiększona liczba konfliktów, nadpobudliwość, skoki napięcia, rozpamiętywanie, rozżalenia, skupianie się na innych… Coś wam to przypomina? Czy przypadkiem nie wizerunek Polski za granicą, ale też nasze wewnętrzne – zarówno osobiste, jak i wewnętrzne, krajowe – problemy? Tymczasem to hasła wyjęte z tzw. „tabeli głodu”, którą wypełnia się w ramach terapii alkoholowej. Ma ona oswoić i uwrażliwić trzeźwiejących z sytuacjami i emocjami, które mogą prowadzić ich do nawrotu choroby i zapicia. Zrobiłem więc lekkie nadużycie łącząc te sytuacje, ale czy na pewno? Czy my wszyscy nie tkwimy przypadkiem w nałogu? Czy nie jesteśmy jako naród na wiecznym głodzie, który zapijamy kolejnymi histerycznymi zwrotami akcji i brudną miłością do naszych katów, czyli tzw. autorytetów, których szczerze nienawidzimy, lecz niczym ofiara przemocy nie potrafimy się z nich wyzwolić?

Tkwimy w tym wszyscy unurzani po uszy z jednej, drugiej czy trzeciej strony barykady. Wrzeszczymy na siebie, beznamiętnie wzruszamy ramionami, ignorujemy lub okazujemy pogardę i wciąż nie potrafimy sobie poradzić z odwiecznym problemem: co to znaczy być Polakiem, co nas łączy i co tak naprawdę, ale naprawdę naprawdę, chcemy osiągnąć. I nie chodzi mi tu o krótkowzroczne cele medialne, jak reforma sądownictwa czy sprowadzenie wraku spod Smoleńska. Zaplątani w swoje własne fobie i kompleksy wciąż nie wiemy bowiem kim tak naprawdę jesteśmy. Dlatego uważam, że Rzeczpospolita Polska powinna refundować każdemu obywatelowi kompleksową opiekę psychologiczną. Terapia przydałaby się zarówno panu prezydentowi, pani feministce z barykady, nauczycielowi czy poważnej bizneswoman. Może wtedy zaczęlibyśmy umieć mówić o tym, co nas tak naprawdę boli. Może wtedy zaczęlibyśmy ze sobą rozmawiać, a nie krzyczeć nagłówkami z tabloidów.

Komentarze: