Jak pokochałem Beatę Kempę (2)

Na początek polecam część pierwszą.

640104

Sensu wszechświata bynajmniej nie pojąłem, a spodnie typu bomber zaczęły porządnie uwierać w tak zwanym kroczu.
– Oj podrapałbym się – pomyślałem, lecz to ani czas ani miejsce było na takie bezeceństwa. Syców wszak mieścina zacna, kościółek jest, nie wypada obelżywie sięgać do kroku i – tfu! – drapać się palcem o jajo. O nie, co to to nie! Umęczon i niewydrapion wsiadłem w najbliższy PKS by powrócić czym prędzej do miasta stołecznego i tam poszukać pani poseł.

Obok mnie w PKS relacji Syców – Warszawa Zachodnia siedziała całkiem przystojna kobieta lat bliżej nie określonych. Pachniała starym kocim moczem, lecz żółta kamizelka wskazywała, że trafiłem na personę lokalną i bardzo w tym światku poważaną. Postanowiłem zagadnąć kobietę, być może zna najsławniejszą Sycowiankę.
– A czy zna pani panią poseł Beatę Kempę? – zapytałem wprost wwiercając się oczyma w anonimową postać.
– Alicja (wiek nieznany) jestem, bardzo mi miło – odpowiedziała nie na pytanie Alicja i wróciła do lektury tygodnika „Do Rzeczy” co jest o tyle śmieszne, że do rzeczy wcale nie odpowiedziała. Dla sprostowania dodam, że nie o rzecz pytałem oczywiście, a o panią poseł Beatę Kempę.
– To zna pani? – zagaiłem.
– Kogo? – odgaiła.
– Panią poseł Beatę Kempę – dogaiłem.
– A znam – rozgaiła Alicja wracając do lektury czasopisma po raz drugi.

Czyżby w jej sercu (wiek nieznany) kryła się jakaś tajemnica z panią poseł związana? W oczach Alicji widać było ciekawość spowodowaną moim pytaniem, lecz ciekawość ta była sprytnie ukryta pod płaszczem prawicowych felietonów i kociego moczu. Już prawie zrezygnowałem, prawie prawie, gdy wtem Alicja sięga po termos. Otwiera, a ze środka wydobywa się zapach herbaty czarnej prawdopodobnie granulowanej z cytrynką z buteleczki żółtej jak jej kamizelka. Tylko cukru brak.

– Ma pan cuker? – zapytała.
– Chyba cukier?
– Ma pan? – ponowiła wyraźnie zniecierpliwiona Alicja. Niedawno był postój na siusiu, lecz ona twardo pozostała w PKS śledząc nowiny ze świata, więc nie mogła nakraść sobie na później cukru w saszetkach, a teraz jej brakowało. Ja szczęśliwie nakradłem wszystkiego: soli, cukru, nawet ketchupu. Gdyby zaatakowało nas UFO czy brzozy to mógłbym przeżyć kilka dni, tak sądzę. Moje wyliczenia ile dałbym radę wyżyć z saszetek po ostatecznej apokalipsie przerwała Alicja, która przeszła już do etapu szturchania mnie w boczek, gdyż przestałem zwracać na nią uwagę.
– To ma pan czy nie ma pan, bo nie wiem – przypomniała, gdybym przypadkiem przed chwilą stracił pamięć. Na szczęście nie straciłem, a zamiast tego obmyśliłem szatański plan.
– Mam, ale może umówmy się tak, że ja pani dam dwie saszetki cukru, a pani mi opowie o pani poseł Beacie Kempie – powiedziałem.
Alicja spojrzała na mnie wymownie. Najwyraźniej walczyła ze sobą. Saszetkowe potrzeby jednak wygrały.
– Dobrze, ale dorzuci mi pan ketchup jeden, bo będę miała na kanapkę z serem, a zapomniałam z domu – powiedziała. Dobrze wiedziałem, że tu nie o ketchup, nie o ser chodziło. Beata po prostu chciała wyjść z twarzą z tych nierównych targów. Bo prawda jest taka, że ja panią poseł Beatę Kempę odnalazłbym bez jej pomocy, lecz ona bez moich kradzionych cukrowych saszetek nie dałaby radę przejechać do następnego przystanku na siusiu.
Skinąłem potulnie głową i przekazałem jej łupy. Alicja wyraźnie ucieszona wsypała cukier, oblizała dwukrotnie wargi dookoła i przystąpiła do picia herbatki. Ja tymczasem przystąpiłem do słuchania opowieści Alicji. A było czego słuchać!

– Otóż ja mam tyle samo lat co Beatka, razem do jednej szkoły chodziłyśmy. Uczyła to się średnio, ale nauczyciele chwalili, bo grzeczne i ułożone dziecko z niej było. Raz tylko Ankę za włosy wyciągała i była nagana, ale tak sobie myślę, że Beatka to jakieś widzenie mogła mieć, bo Anka to potem dwa razy się rozwodziła, a mówi się też, że puszczalska. Więc Beatka tak naprawdę dobrze zrobiła. Potem po szkole to już mniejszy kontakt był, raz się na gadu gadu zgadałyśmy, nawet niedawno, to powiedziała, że przyjedzie na stare śmieci, bo coś tam załatwić musi. Przyjechała, na herbatę wpadła, ale tak: ciasta już nie zjadła, kręciła się jakby robaki miała, piętnaście minut i jej nie było. Ja jej nie poznawałam, przecież to była taka sympatyczna dziewczyna. A teraz wielka polityka i tylko o tych wszystkich świństwach. Wie pan, ja normalna jestem, głosuję jak trzeba, ale żeby o tym tyle mówić? A co ja, chłop jestem? No i jej mówię, żeby dała sobie spokój, żeby posiedziała, akurat niedziela była, to na mszę byśmy poszły razem, a ona, że już wraca i że „pa”. No to „pa”, ale na mszy w tamtą niedzielę nie była… – gadała i gadała Alicja do momentu, aż nagle zatrzymaliśmy się z piskiem opon. Trzech opon, bo jak wyjaśnił kierowca, czwarta zaniemogła i przedziurawiła się.
– To wszystko przez Platformę, te drogi takie byle jakie – zawyrokował pan z drugiego rzędu. Reszta w milczeniu przytaknęła głową.
A więc zostaliśmy w polu, a Beaty Kempy jak nie znalazłem, tak nie znalazłem.

Ciąg dalszy nastąpi!

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *