Jak pozostać sobą i mieć w dupie dulszczyznę

Pierwszą lekcję dotyczącą samodzielności dostałem będąc dzieckiem, od mojego kochanego tatusia. On, zwolennik skrajnej prawicy, nienawistnik, cwaniak, a przy okazji – co się często zdarza – przykładny katolik, przez kilkanaście wspólnie przeżytych lat jasno dawał mi do zrozumienia, że posiadanie odmiennego zdania, poszukiwania intelektualne czy nawet jakakolwiek oryginalność w wyglądzie to nie tyle błąd, co zwykły wstyd. Należy być takim samym, jak wszyscy, nie wybijać się i robić swoje. Przy każdej okazji bardzo chętnie wyśmiewał wszystkich „pedałów”, „profesurów”, „brudasów” czy „agresywne baby”.

Następną lekcję dostałem w szkole. Gdy okazało się jasne dla mnie i otoczenia, że jestem gejem i zaczynałem przestać ściemniać, że jest inaczej, pojawiły się zaczepki, wyzwiska, doszło nawet do rękoczynów. Bałem się tam przychodzić. Naiwnie wierzyłem, że interwencja u pedagogów coś poskutkuje. Gdzie tam! Okazało się, że najlepiej, jak przestanę się wyróżniać i wtopię w tłum. Agresorom nic się nie stało, nie dostali nawet nagany, a ja dostałem wybór – albo przystosuję się do szarości i stanę się niewidzialny, albo powinienem zmienić otoczenie.

Zmieniłem wtedy otoczenie, a nawet i miasto. Wydawało się, że moja nowa paczka znajomych jest naprawdę tolerancyjna i pełna akceptacji wobec wszystkich różności. Byli wśród nas obcokrajowcy, Żydzi, geje i lesbijki… Niedługo potem usłyszałem od mojego ówczesnego chłopaka, że mam „zbyt pedalski głos” i zostałem poproszony o modulowanie codziennie swojej barwy. Jak możecie się domyślić niebawem zerwaliśmy i wróciłem do Warszawy.

Kolejna lekcja przyszła z jednej z moich pierwszych poważnych prac. Byłem jedynym gejem w redakcji, w której pełno było harcerzy, członków Klubu Inteligencji Katolickiej i Platformy Obywatelskiej z czasów, gdy jeszcze nie spierdoliła swojego imienia rządami. Wszyscy mieli być nowocześni i otwarci. Skończyło się na tym, że zostałem kosmitą, który nie miał nawet z kim wyjść na papierosa, a na wspólne piwo umawiano się w wielkiej tajemnicy przede mną. „Bo gej”.

Wiele lekcji przyszło też z ulicy, gdzie od ponad dziesięciu lat dowiaduję się, że jestem „zahivionym ścierwem”, że powinienem wypierdalać z tego kraju i ogólnie nie mam co tu szukać. No, chyba że wpierdolu. Dziś nie zauważam już tych komentarzy. Gdy ktoś mówi mi w twarz, że nie jestem człowiekiem i powinienem umrzeć to wzruszam ramionami. Gdyby słowa mogły mnie zabić, to musiałbym popełnić samobójstwo z dziesięć lat temu.

Dziś starannie dobieram znajomych, miejsca gdzie wychodzę i ludzi, którym pozwalam komentować swoje internetowe działania. Mam cholernie twardą skórę, lecz zostało to okupione wieloma latami kompleksów, nerwowo wciąganych kresek i wypitych wódek, które miały zmyć ze mnie upokorzenie. Nic z tego nie podziałało, a tę śmiertelną mieszankę przypłaciłem nerwicą, z którą wciąż walczę.

Rzadko wychodzę z domu, bo nasze społeczeństwo jest głupie, nienawistne i niedojrzałe. I tak, po tych wielu pobiciach roszczę sobie prawo do uogólniania i pisania o Polsce jako wielkiej, chorej patologii. Oczywiście znajduję miłe wyjątki, lecz to tylko wyjątki w szarej, sfrustrowanej i agresywnej masie. Nienawidzę swojego państwa, a mimo to wciąż staram się codziennie uśmiechać. To państwo nienawidzi mnie, a wciąż płacę podatki, nie kradnę, kupuję bilety i nie śmiecę. Na nadgarstku mam wytatuowane słowo „Warszawa”, bo naprawdę czuję się z tym miastem związany, choć to właśnie tu spotkały mnie najgorsze rzeczy na świecie.

Wiem, że nie tylko ja żyję w takim schizofrenicznym związku z tym krajem. Męczę się codziennie, boję się czasami wyjść z domu, uciekam przed ciosami. I nie, nie robię z siebie ofiary. Nie muszę, bo jestem ofiarą tego kraju.

17 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii i Transfobii. Warto więc pisać i mówić o tym, że część Polek i Polaków jest traktowana jak ludzie drugiej kategorii. „Obecnie tylko 5 krajów członkowskich UE nie reguluje w żaden sposób sytuacji prawnej par jednopłciowych. Na 500 mln mieszkańców Unii Europejskiej dostępu do związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych nie ma 75 mln osób, z których połowa to Polacy i Polki” – możemy przeczytać w oświadczeniu KPH, które ukazało się z tej okazji.

Walka trwa. Rany się zagoją, ale blizny pozostaną nam na zawsze. Nigdy nie będziemy w pełni wolni, bo w naszych głowach na zawsze pozostanie toksyczny jad, jakim na co dzień raczy nas miłosierna, współczująca, katolicka Polska. Ważne jednak, żebyśmy nie poddawali się, a gdy usłyszymy po raz kolejny „pedał”, nie kulili się w sobie. Bo „pedał” brzmi dumnie, za to Polak coraz mniej.

Komentarze:

One Reply to “Jak pozostać sobą i mieć w dupie dulszczyznę”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *