Jestem zmęczony

Na początku wcale nie była ironia. Nie wiem dlaczego to właśnie ona ma być najwyższą formą inteligencji. Kto ma prawo o tym decydować? Dziś wszyscy starają się być na wskroś cyniczni, wyniośli i ironiczni. Lubimy wzruszać się na filmach, lecz nigdy nie wzruszylibyśmy się w życiu. Źle rozumiany mur obronny sprawia, że izolujemy się z naszymi pragnieniami i myślami sprawiając, że frustracja wychodzi na pierwszy plan, a tania ironia i złośliwość stają się dniem powszednim.

imageCiekawe, że tzw. „ludzie ironiczni” często są totalnie małostkowi. Uczepieni pozy, która ma chronić ich przed wewnętrznymi frustracjami czepiają się każdego szczegółu, oczywiście każdego, który nie jest związany z nimi. Krzyczeć mogą na niewyniesione śmieci, choć sami nigdy w życiu ich nie wynieśli, śmiać się mogą z zakochanych, choć sami nigdy naprawdę nie kochali. Nie kochanie jest w końcu modne – grupy wiecznych singli same się pogrążają. Skupione wokół wspólnych wartości, którymi najczęściej są wódka, impreza i czynnik hejtu w postaci wspólnego wroga.

Sam byłem kiedyś w takim towarzystwie. Wszyscy samotni, wszyscy udawaliśmy, że jesteśmy wielką „rodziną”. Wspólne spotkania, pikniki, imprezy i kace. Osoba w związku była automatycznie wykluczana. Oczywiście nie dosłownie, lecz stawała się towarzyskim persona non grata. W jakimś stopniu była to ukryta grupa wsparcia, w której jak mantrę wyznawaliśmy tanie hasła rodem z „Seksu w wielkim mieście”, popijaliśmy wódkę winem i mówiliśmy, że to lepsze od faceta. Kiedyś takie zachowanie było oznaką słabości, lecz dziś słabością okazuje się posiadanie uczuć. Myśleliśmy, że złapaliśmy pana Boga za nogi ze swoją amfetaminą rozcieńczoną z mąką i imprezą pięć dni w tygodniu. Nawet wspólne kace lepiej smakowały, można było wykąpać się z koleżanką i byłym chłopakiem, poczuć się jak bohater filmu dla młodzieży i przez chwilę wyświetlać sobie przed oczami słowo-klucz współczesnych dzieciaków: DEKADENCJA.

Miałem szczęście, że jednak mam więcej IQ niż partnerów łóżkowych na koncie i kresek wciągniętych w klubowym kiblu. Miałem nadzieję, że wszyscy dorastają, zmieniają się, a ich poglądy ulegają transformacji. I tu pomyliłem się. Dawni koledzy ciągle siedzą w ciemnych pomieszczeniach zasłuchani w swoje modne zespoły, których tak naprawdę nie znoszą i poglądy, których tak naprawdę nie rozumieją. Skupieni na wiecznym grymasie, pozie mającej dodać im animuszu oraz fałszywej inteligencji stają się karykaturami ludźmi, przerażającymi cieniami, które wysysają energię, w zamian dając nienawiść i smutek. Szczęśliwie te dwa światy już nigdy nie spotkają się na dłużej. Rozstrzał w ideach, priorytetach i podejściu do życia jest tak wielki, że naprawdę im większa między nami przepaść tym lepiej. Lepiej dla mnie, bo im chyba nic już nie pomoże.

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *