Już nie dla nas te zabawy

10253995_10151949865177084_8027884625530474346_nKiedyś wszystko było prostsze. Mimo braku pracy pieniądze na imprezy zawsze jakoś się znajdywały, tak jak siły, by co dzień pić, tańczyć, palić i sypiać w bliżej nieokreślonych mieszkaniach na dalekim Ursynowie. Rano brało się prysznic z butelką szampana i osobą, która pod nim zasnęła, zmieniało się t-shirt, zakładało okulary i wychodziło szukać tlących się afterów, które zamieniały się w bifory i tak w kółko. Co się z nami stało i czy to już umieranie?

Rzeczywistość w roku 2014 trochę boli. Kluby jakby nie te, towarzystwo się przerzedziło, a niektórzy nawet zaszli w ciąże. Praca wymaga, żebyśmy te kilka razy w tygodniu wstali z łóżka i umyli zęby, a kredyty i karnet na siłownię nie pozwalają jak kiedyś rzucić wszystkiego w cholerę i od nowa zatracić się w jakiejś spelunie. Dlaczego? Oto moje prywatne siedem grzechów głównych:

1. Wódka jest trefna.

Zostało udowodnione, że picie we wszystkich lokalach typu „wódka za 4 zł” jest grzechem ciężkim. Nie tylko dlatego, że dnia następnego głowa jest ciężka, ale przede wszystkim przez fakt, że lany tam spirytus nie ma zbyt wiele wspólnego z magicznym napojem, który piliśmy jeszcze pięć lat temu. Dzisiejsza wódka jest niesmaczna, a kac po niej sprawia, że my jesteśmy niesmaczni. Podobnie jak niesmaczne pozostają smugi po rzyganiu w Mecie czy innej Galarecie.

2. Kluby są bez sensu.

Kiedyś było tak, że towarzystwo było przywiązane do konkretnego miejsca. Można było nie patrzeć w wydarzenia na Facebooku (a za starych lat w kalendarium w Aktiviście) by wiedzieć, że będziemy dobrze się bawić. Dziś niestety nastąpiła demokratyzacja wszystkiego. Wolność wpuściła reggae do lokali disco, a chłopaki z Politechniki tańczą obok ludzi z ASP. Niby multikulti, ale jak w takim misz maszu można spokojnie stracić głowę na rzecz lufy? No i jeszcze ta dzisiejsza muzyka. The Klaxons pewnie przewracają się w grobach.

3. Chłopak ciągnie do domu.

Jeśli akurat nie jesteś, to za chwilę będziesz w związku. Nasze pokolenie powoli imprezowo wymiera, bo atrakcyjniejsze wydaje się oglądanie amerykańskich seriali niż kolejna kolejka na barze. W związkach zawsze jedna strona jest bardziej imprezowa, a druga domowa. Konflikt po butelce wina jest nieodzowną częścią wychodzenia na imprezy z parami, o co wielką pretensję mają wszystkie single. Tymczasem rano następuje całowanie po rączkach. „Dobrze, że wyszliśmy wcześniej!”

4. Nie ma z kim romansować.

Jeśli jesteś w związku to wiadomo, a jeśli nie jesteś to… też wiadomo. Frajdę mają tylko amatorzy młodszych, bo młodziaków naturalnie przybywa. Miłośnicy starszych lub rówieśników borykają się z problemami natury oczywistej: jak wygenerować armię przyszłym kochanków, skoro wszyscy już się znamy, wszyscy ze sobą spaliśmy i wiemy o swoich chorobach wenerycznych? To nie żart, to prawdziwy problem, z którym borykają się tysiące dwudziesto- i trzydziestolatków!

5. Kac przewyższa doznania alkoholowe.

Jak już pisałem wódka jest trefna, ale nie tylko ona. Coraz trefniejsze (nie mylić z trafniejsze!) są nasze wątroby. Jeśli nie masz szczęścia i rano obudzisz się trzeźwy, zmagasz się z największym dramatem XXI wieku. Co zjeść, skoro robi się oponka, a myślimy tylko o KFC? Jak nie pokłócić się z chłopakiem, skoro jest jedyną osobą obok, a musimy na kogoś nakrzyczeć? I najgorsze: jak udawać w pracy, że nic się nie stało, gdy w głowie wciąż mamy obraz, jak trzy godziny temu wracaliśmy do domu śpiewając Gosię Andrzejewicz?

6. Pieniądz się sam nie zarobi.

To okropne powiedzenie, którym straszyli nas lata temu wujkowie stało się prawdą. Oczywiście możemy oddać się hedonistycznym uciechom i od rana sączyć drink za drinkiem, ale nie daję gwarancji, jak długo pomieszkamy jeszcze w mieszkaniu, za ile odezwie się nasz bank z pytaniem o spłatę kredytu i ZTM z upomnieniem o mandat. Pieniądz trzeba zrobić, a bycie ciągle na bani temu nie sprzyja. Chyba tylko Ilona Felicjańska umiała łączyć te dwie sprawy.

7. Co dalej?

Kiedyś człowiek budził się rano i na pytanie „co dalej?” odpowiadał „pijemy!”. Dziś jest trudniej. Okazuje się, że trzeba wstawić pranie (kto się tym kiedyś zajmował?), wyjść z psem na spacer i przygotować się do jutrzejszych obowiązków. Facet mruczy coś o seksie, a my trzęsiemy się na delirce próbując powstrzymać mdłości. Co dalej? Dalej będzie tak samo, tylko że coraz ciężej.

Komentarze:

2 Replies to “Już nie dla nas te zabawy”

  1. Pat,
    Choć nigdy nie byłem wielkim imprezowiczem, to fakt, mam jeden sezon głębszej zabawy – osławiony już w wielu kręgach rok 2011, rok-apogeum. Życie bez alkoholu albo raczej najebywania się, chwalę. Kac jest zjawiskiem niemiłosiernym, depresyjnym i destrukcyjnym.
    Najbardziej boli mnie punkt 4. Jest to, niestety, prawda. Gdzie ci mężczyźni, jak śpiewała Danutka RIMM. Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma. Były chłopak mojego byłego chłopaka to nie jest atrakcyjna partia. Były chłopak mojej przyjaciółki – w sumie też nie.
    A młodsi? Może ciągle i są dostawy do tego candy shop, ale proszę cię… od tego cukru aż niszczy się żołądek. Nie warto.
    Jedynym rozwiązaniem jawi mi się ewolucja w stylu hetero, czyli, że związki będą legalne, adopcje też i przejdziemy do wspólnych wypadów z pociechami na plac zabaw. Nie ma innego ratunku.

  2. Ja bym jeszcze dopisała powód 8.

    Wszystko z biegiem lat wydaje się stawać nużące i monotonne. Któregoś dnia po wypiciu 0,5 budząc się w obcym łóżku z koszmarnym bólem głowy stwierdzamy, że imprezy nie są już tak satysfakcjonujące jak kiedyś. Próbujemy niby ciągle, ale w trakcie stwierdzamy, że wolelibyśmy siedzieć w domu w dresie i oglądać „Californication”. Z każdym rokiem dzikie imprezy, o których można opowiadać tygodniami zamieniają się w kameralne posiedzenia przy winie, a relacje „kto co zrobił” zamieniają się w „kto co powiedział”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *