Kilka słów o Manifie 2017

W końcu mam chwilę, by napisać trochę o wczorajszej Manifie. Jestem dumny – było nas chyba najwięcej w historii. Początkowo tłumek nie był zbyt wielki, jednak ostatni odcinek na ulicy Świętokrzyskiej wyglądał naprawdę imponująco. Pogoda pogodą, lecz tu chyba poszło o coś więcej – o tak potrzebny naszemu społeczeństwu wkurw, który potrafi zmieniać rzeczywistość.

Hasła były coraz bardziej odważne i było ich coraz więcej. Nikt nie gadał bzdur o „kompromisie aborcyjnym”, który lubi tak podkreślać Monika Olejnik czy inne „feministki” z kręgów „Gazety Wyborczej”, za to wszyscy zgodnie krzyczeli, że „to nie kompromis, to kompromitacja”. Nie było straży KOD-u, co przyjąłem z wielką ulgą, a i od razu poczułem się bezpieczniej. Kijowski też się nie zjawił, być może pisze kolejne przemówienie do TVN24 albo organizuje zbiórkę, by za czyjeś fundusze opłacić alimenty, które ukradł własnym dzieciom. Oby jak najdalej!

Co bardzo ważne: zostało poruszonych wiele tematów, o których w telewizorze pewnie nie poświęcono sekundy, bo nie wzbudza emocji, jak prawo do aborcji. Mówiono o barierach osób niepełnosprawnych, uchodźczyniach, bezpieczeństwie socjalnym, nierównościach płacowych, prawie do umowy o pracę i wielu, wielu innych sprawach. Podoba mi się, że zabrakło gadających głów z programów publicystycznych i kanapowych feministek w postaci Joanny Senyszyn czy – pożal się boże – posłanki Muchy.

Widać, że dziewczyny organizatorki odrobiły lekcję po fali Czarnych Protestów. Tamte dyskusje dotyczące obecności KOD-u (o dziwo, miałem stuprocentową rację) czy wpuszczania na trybuny skompromitowanej elity neoliberalnej (o dziwo, również!) przyniosły efekty. Manifa to dzikość, wolność, równość, niezależność, szczerość i waleczność. Dobrze, że organizatorki zachowały ducha Manify. Patrząc po frekwencji – to nieprzejednanie wychodzi całej sprawie na dobre.

Komentarze: