Kino bez trzymanki, czyli film 4DX

Wczoraj zostałem zaproszony przez Cinema City na pokaz specjalny filmu w technologii 4DX. Jako kinoman, który świat obserwuje raczej w pozycji leżącej i pod kocem, zacząłem zgłębiać temat. Gdy zobaczyłem, że cały zamysł 4DX to trzęsące się krzesła, świszczący wiatr i podejrzane dymy miałem wątpliwości czy moja nerwica godnie przyjmie nadprogramowe wrażenia. Cóż, było za darmo, a jak mówi zakulisowo jedna z najpopularniejszych polskich piosenkarek: „Jak za darmo, to nie pierdol”. 

Film, na który proszono to „Riddick” z Vin Dieslem w roli głównej. Pamiętacie najgorszy film jaki w życiu widzieliście? To wyobraźcie sobie taśmę z tym dziełem puszczoną od tyłu, gdzie zamiast podkładu dźwiękowego leciałyby piosenki Gosi Andrzejewicz. Tak właśnie w skrócie można opisać tę produkcję. Lubię kino science fiction, lubię od czasu do czasu wybuchy i mięśniaków, którzy robią wykopy z półobrotu w zwolnionym tempie, lecz nie znoszę, gdy producenci nie zadają sobie trudu napisania nawet zarysu fabuły. Rozumiem, że produkcja duża, pieniędzy sporo, efekty specjalne niezłe, ale nie usprawiedliwia to żenującej, tandetnej miernoty, jaką przeżywałem przez pieprzone 119 minut. Szkoda pisać.

5-glitery_pl--5377W normalnych warunkach uciekłbym czym prędzej z kina do domu, gdzie na osłodę włączyłbym jakieś ambitniejsze kino, przykładowo „Kac Wawę”. Powstrzymały mnie efekty. Okazało się, że moje neurotyczne lęki szybko przystosowały się do furgoczących świstów, dziwnych mgiełek, zastanawiających zapachów (wciąż nierozpoznanych) oraz krzeseł, które mogły przyprawić o mdłości (nie polecam kina 4DX po jedzeniu!). Dodatkowe efekty okazały się wciągające i praktycznie wszystko grało poza tym, co mimo wszystko powinno pozostawać w centrum, czyli filmem. Mam wrażenie, że gdyby zaprezentowano inny film akcji, np. „Elizjum” (byłem, polecam – ilość nonsensów w scenariuszu duża, lecz wciąż to dobre kino ScFi) odbiór byłby zdecydowanie inny. Nie wiem dlaczego zdecydowano się akurat na „Riddicka”. Zwłaszcza, że nie byłem jedynym na sali, którego wręcz bolała żałość scenariusza – na co bardziej mających wzruszać czy przerażać scenach słychać było salwy śmiechu.

Kino 4DX z pewnością nie wyprze tradycyjnego kina. Nie wyobrażam sobie oglądania Woody’ego Allena czy filmów typu „Frances Ha” (zobacz moją recenzję) z efektami specjalnymi i świstami przy uchu. Ale nowe części „Star Wars”, na które czekam z utęsknieniem? Czemu nie!

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *