Lubię nic nie robić

Współczesność wymaga od nas wiecznego zaangażowania. Praca to jedno, lecz czas tzw. „wolny” według współczesnych kanonów powinien być szczegółowo zaplanowany i podzielony między siłownię, crossfity czy inne jogi, spotkania towarzyskie, zapełnianie swoich kanałów w social media oraz podróże. Osoba, która przyznaj się, że lubi robić nic – ale tak nic kompletnie, nawet nie nadrabiać seriale – uchodzi za mało ciekawą, niezbyt rozgarniętą i ogólnie przegraną życiowo. A ja, jako że uwielbiam wchodzić w tę rolę, chętnie oświadczam, że uwielbiam robić nic.

Nic może mieć dużo wymiarów – może to być drzemanie cały dzień, oglądanie tych samych filmów i równoczesne granie na telefonie, może to być bezmyślne mazanie po kartce papieru (uwielbiam!) lub wpatrywanie się w gołębie siedzące po zewnętrznej stronie parapetu. Można śledzić swojego kota, razem z Google Earth bez celu zwiedzać niezamieszkane zakątki Grenlandii czy dłubać w nosie. Tak, czas przełamać to tabu: wszyscy lubimy w nich grzebać.

Otaczający nas świat jest ukierunkowany na zwycięzców. Każdy ma być największy, najlepszy, najbogatszy, najpiękniejszy, najsympatyczniejszy, najmądrzejszy. Bycie osobą średnią wiąże się z frustracjami, które wielu postanawia zabić za pomocą selfie z siłowni czy tzw. zainteresowaniami na siłę, a więc zajmowaniem się tematami, które obecnie są modne, choć nikogo nie interesują.

Frustrujące to życie w 2017 roku, a lepiej chyba nie będzie. Dlatego pamiętajcie by zawsze znaleźć moment na dobre, wesołe dłubanko w nosie oraz patrzenie w sufit. Jestem przekonany, że to o wiele zdrowsze niż informowanie za pomocą zdjęcia dania, z czego będzie składała się nasza następna kupa.


ilustracja: Jenny Odell

Komentarze: