Miałem magazyn zanim to było modne

Tworząc teraz jakiś nowy twór medialny jest cholernie trudno. Magazynów na rynku jest mnóstwo, a tych internetowych jeszcze więcej. Liczba dziennikarzy (lub osób uważających się za dziennikarzy) przewyższa, mam wrażenie, liczbę potencjalnych czytelników. Blogo-portale poświęcone nieśmiertelnej tematyce lifestyle’owej (cokolwiek to znaczy) mnożą się jak grzyby po deszczu. Równie szybko upadają. Ja sam jestem przynajmniej raz w miesiącu proszony o współpracę z nowym, „unikalnym” projektem. Nigdy nie mówię od razu nie, lecz na pojawiające się wtedy moje pytanie: „a co będzie wyróżniać ten magazyn?” zwykle nie dostaję już odpowiedzi… Ale ja nie o tym. Chciałbym Wam opowiedzieć historię pewnego mojego projektu.

To było w czasach zanim głównym tematem rozmów stał się Facebook, a tematem mediów to co ktoś napisał na portalach społecznościowych. Smartfony nie były zbyt popularne, a o aplikacjach na telefon nikt raczej nie myślał na poważnie. Wtedy właśnie, a były to czasy mojego liceum, wraz z paczką przyjaciół postanowiliśmy założyć magazyn. Stać nas było tylko na marne kserówki, które wykonywała moja mama, tachając je raz w miesiącu z pracy do domu. W domu odchodziła akcja zszywkowa i poszczególne numery były gotowe do „dystrybucji”, czyli rozniesienia po zaprzyjaźnionych klubach i kawiarniach.

full

Magazyn nazywał się „COPI”. Miał około sześciu stron. Było kalendarium wydarzeń (nie było Facebooka, a więc także irytujących zaproszeń na imprezy), wywiady z ciekawymi postaciami (tak poznałem m.in. Rafalalę), recenzje płyt czy książek. Wszyscy byliśmy wtedy mocno zafiksowani na punkcie muzyki indie rockowej i w takim klimacie prowadziliśmy „COPI”. Nie mieliśmy specjalnie pieniędzy na wydawanie, więc fundusze czerpaliśmy z kieszonkowego lub przypadkowego zarobku w zamian za „reklamę” w naszej gazecie. To śmieszne, nie używaliśmy przy tym słowa barter!

Pomysł przetrwał pięć numerów. Przy ostatnim już sporo się kłóciliśmy. Najwięcej o okładkę, co chyba jest normą we wszystkich zarówno alternatywnych, jak i mainstreamowych wydawnictwach. To fajne wspomnienie. Zwłaszcza, że działaliśmy wtedy w kilku historycznych miejscach: w Jadłodajni Filozoficznej, Saturatorze czy na Chłodnej 25. Jak pisałem mało zachowało się śladów po magazynie w sieci. Odnalazłem m.in. opisy redakcji. Zgadnijcie pod którym kryję się pseudonimem!

une – licealista, warszawiak z przekonania, z patologicznej rodziny. Gej. Wiecznie szukający miłości i zrozumienia. Spokojny i szalony, namiętny i oschły. Zawsze szczery. Idealista i ateista.
L. – młoda dziewczyna, licealistka. Bywalczyni klubów. Wszystkowiedząca i wszystkowidząca. Żyje chwilą i tym co uszyje.
daphne – kaleka emocjonalna… wyraziste barwy, czasami zbyt. Jest jak pop art. Jedni ją kochają, inni nie. Każdy zwróci uwagę.
sugaricing fairy – chciałaby być dobrą wróżka, ale za bardzo jej to nie wychodzi. Próbuje odszukać siebie w sztuce… wszelakiej. W zasadzie to nie wie, czy jej to wychodzi.
szpikulec – czujna obserwatorka wszystkiego co dzieje się w mieście. Pojawia się gdzie trzeba i kiedy trzeba. Styl zależny od aktualnych fascynacji oraz nastroju. Aspiracje miewa, inspiracje czerpie. Lubi ciepłe wieczory i letnie poranki. Uśmiecha się do słońca i tańczy z księżycem. Często zasypia na podłodze.
dorian gray – przede wszystkim piękny i słodki jak cukierek anyżowy. Ale także uczynny i złotousty.

copi

W ostatnim numerze poruszaliśmy następujące tematy:

MAINSTREAM W UNDERGROUNDZIE: CZYM JEST DZIś SZTUKA ALTERNATYWNA?
„Ale zaraz zaraz. Nie tylko Britney Spears, Tokio Hotel czy US5 są tworami speców od marketingu. Zespoły takie jak Coldplay, Muse czy dużo mniej znane i bardziej niszowe w teorii, mają autentyczny garażowy rodowód, ale swoje albumy opierają na działaniach producentów. Ikona buntu, subkultura Punk 77, została wymyślona w taki właśnie sposób przez Malcolma McLarena. Trzeba być głupim by wierzyć w to, że partie basowe na legendarną dla undergroundu płytę Never Mind The Bollocks nagrał Sid Vicious…”
MIĘDZY ALIGATORAMI
„Czasem przydają się czarne okulary, obowiązkowo musisz palić DJARUM’y, bo przecież kosztują tylko 12 złotych, są najbardziej szkodliwe dla zdrowia (w końcu tatuś zarobi i kupi ci nowe płuca) i wszędzie sypią popiołem (akcent religijny – motyw środy popielcowej), ponadto warto – ale tylko czasami, byś utożsamiał się z jakąś trendi subkulturą – np. mały, nieudany dzieciak nie bardzo wiedzący co to EMO, bądź dystyngowany miłośnik INDIE z NME pod pachą.”
KINO.KAMERALNIE.
„Być może wreszcie zaczęło nam przeszkadzać chrupanie za plecami. Matki syczące w ciszy na dzieci, żeby były cicho, dzieci zaczepiające widzów obok. Przecież nie po to chodzimy do kina, żeby się najeść ostrych nachosów, opić colą i posiedzieć ze znajomymi. Szybko zorientowaliśmy się, że kina umieszczone w centrach handlowych tylko do tego się nadają. Do wszystkiego poza oglądaniem filmów.”

Ale mi się zebrało na wspomnienia! Lecz jak śpiewała nieśmiertelna Irena Santor (ciekawe czy ona kserowała ziny): „Tych lat nie odda nikt…”

Komentarze:

3 Replies to “Miałem magazyn zanim to było modne”

  1. To miłe, że myślisz o sobie jak o kimś, kto był pierwszy. Nie byłeś. Piszesz o rzeczach, które już dawno inni odkryli. Nawet Djarumy paliło się 10 lat temu. A magazyny, fanziny itp. powstawały zawsze. Po prostu Ty o tym nie wiedziałeś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *