Nic nikomu nie muszę udowadniać

Środowisko, znajomi czy praca przez lata kształtowały we mnie poczucie konieczności ciągłego udowadniania innym, że jestem najlepszy, najfajniejszy, najmądrzejszy. Tysiące razy rozmawiałem na tematy, o których nie mam zielonego pojęcia, by tylko komuś zaimponować. Fakt, że często wychodziło mi to świetnie dowodzi, że moi rozmówcy również nie byli specjalnie obeznani z tematem. Dziesiątki tysięcy razy przebywałem w miejscu, w którym nie chciałem i nie musiałem przebywać, lecz robiłem to, bo „tak wypadało”. Wypadało zostać u znajomych określony czas, wypadało iść do modnej galerii sztuki czy obecnie popularnego klubu. Pewnie setki tysięcy razy wymieniałem idiotyczne tekściki i uprawiałem small talki z ludźmi, których nie znam lub nie lubię tylko dlatego, że są kimś ważnym w jakimś środowisku czy dlatego, że wymagała tego sytuacja.

W tych milionach momentów, gestów i miejsc nie myślałem dotąd czego ja tak naprawdę chcę, a myślałem jedynie o tym, czego wymaga ode mnie moje otoczenie. Nie należę do osób uległych, wręcz przeciwnie, mam się za raczej asertywnego i potrafię powiedzieć „nie”, lecz przez lata problemem dla mnie było, żeby za tym słowem szło również działanie. Mogłem odmówić narkotyków, których nie biorę już siedem lat, lecz mimo niezręcznej sytuacji siedziałem w mieszkaniu z ludźmi, którzy wciągali kreskę za kreską. Brzmi to absurdalnie, lecz gdy jesteś w grupie znajomych, to jakiś wewnętrzny głos podpowiada ci, żeby zostać, że nie wypada „robić scen” i „co pomyślą, jak wyjdę”.

Otóż, moi drodzy, po trzech miesiącach terapii uzależnień nauczyłem się jednego: mam to głęboko gdzieś. Nie chcę już świecić twarzą wśród ludzi, z którymi nie mam o czym porozmawiać – być może nigdy nie miałem, a być może nie mam ochoty w tej chwili, ponieważ są w odmiennym stanie lub po prostu nie czuję się dobrze. I tym samym dochodzimy do sprawy fundamentalnej, a więc uczuć. Czy mam prawo chcieć wyjść z domówki wcześniej? Mam i mogę z niego korzystać. Czy mam prawo nie mieć ochoty wychodzić do klubów tej nocy lub już na zawsze? Mam i mogę z niego korzystać. Czy mam prawo mieć zły dzień, być sztywniakiem, nie mieć humoru, nastroju i ochoty? Mam! Nie jestem związany żadną umową ze społeczeństwem, która nakazuje mi określony rodzaj zabawy. To też żadna ujma dla innych gości czy gospodarzy, jeśli nie będę wirować w imprezowym pędzie do rana. To nawet może być ulga, że osoba „nudna” opuści mikroświat imprezy. Nie ma przecież nic gorszego niż udawanie zabawy. Znamy to z symulowanych imprez noworocznych.

Pozwalam sobie być nudnym. Pozwalam sobie mieć własne zdanie, pozwalam sobie nie musieć i pozwalam sobie siedzieć w domu pod kocem. Może posłucham co działo się na imprezie dnia następnego, a może zupełnie mnie to nie będzie obchodziło, zobaczymy. Wiecie jakie to wyzwalające?


ilustracja: Daniel Stolle

Komentarze: