O mojej jedynej przyjaciółce

Mam słomiany zapał niemal do wszystkiego. Nudzą mi się znajomi, praca, alkohole, idole i zainteresowania. Potrafię przez dwa tygodnie non stop oglądać z namaszczeniem „Alfa”, by potem znudzić się, zapomnieć i już nigdy nie wrócić. Wydać kilkaset złotych na figurki Minionków, by następnie wrzucić je do szuflady i zająć się czymś nowym. Jedyne, czego nieustannie trzymam się od wielu lat, to moja depresja. Ona mi towarzyszyła, gdy wraz z Lady Gagą śmiałem się z Madonny i na odwrót, gdy przez kilka miesięcy udawałem wkręconego fana sztuki współczesnej, gdy zakładałem stowarzyszenie, które nic nie dokonało, gdy zmieniałem blogi, chłopaków i miasta. Zżyliśmy się ze sobą. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć i gdy jest mi źle, dzięki niej zawsze może być jeszcze gorzej. Zaakceptowaliśmy się nawzajem – ona moją walkę z nią, ja jej obecność wbrew mojej woli. Czasami wydaje mi się, że bez niej nie byłbym tym samym człowiekiem. Truizm, lecz czy byłbym gotów porzucić ją na dobre i rozpocząć moje emocjonalne życie w pojedynkę? To chyba pierwsze pytanie, jeszcze zanim rozpocznie się kwestię „czy jestem w stanie”. Otóż nie wiem. Przyzwyczaiłem się do napadów lęku w kinie, przerażonych pobudek w środku nocy, porannego łykania tabletek i patrzenia na świat, jakby przez zamgloną szybę. Nie zrozumie tego nikt, kto nie miał prawdziwej depresji – życie płynie jakby obok. Nie jest się zupełnie obojętnym, ale nie jest się też w pełni zaangażowanym. A gdy dodatkowo bierze się leki stabilizujące, to dochodzi poczucie absurdu. Człowiek zaczyna zastanawiać się po co, a jest to najbardziej niebezpieczne pytanie w historii ludzkości, mogące obalić większość wierzeń i filozofii. A mimo to nie wiem po co. Tylko przeraża mnie trochę fakt, że jesteśmy ze sobą tak zżyci.

Komentarze:

2 Replies to “O mojej jedynej przyjaciółce”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *