O tym, jak Polska straciła swój rozsądek

Nie lubię pisać o polityce, bo wystarczająco dużo już w naszym kraju jest domorosłych politologów, a spór ideologiczny skutecznie zatruł wszystkie poziomy świadomości w Polsce. Są jednak momenty, gdy nie jestem w stanie już dłużej siedzieć ciszej. Taki dzień nadszedł właśnie dziś. Ale po kolei.

  1. Polscy politycy są skompromitowani

    Zdaje się, że Polacy już wiedzą, że politycy mają ich kompletnie w dupie. I chodzi mi tu zarówno o przedstawicieli PiS i odnóg, jak i PO, SLD czy PSL. Wszyscy skupiają się na swoich wyimaginowanych problemach skutecznie tworząc dyskurs (o tym w punkcie 2.) nie mający nic wspólnego z rzeczywistymi problemami naszego społeczeństwa. Przykład? Rzekoma prywatyzacja lasów państwowych, których nikt nigdy prywatyzować nie chciał.
    Dodatkowo żałośnie mało wśród kasty politycznej ludzi prawdziwie inteligentnych. Rozumiem, że część musi spełniać rolę kalek i chodzić po programach publicystycznych, by głosić hasła partyjne, lecz z tych haseł nic nie wynika, bo to czyste slogany, a nikt inny nie potrafi rozwinąć żadnej myśli. Lech Wałęsa ma prawo robić błędy ortograficzne na Facebooku i mieć specyficzną składnię zdania, bo poza tym, że jest byłym politykiem, jest robotnikiem, który stanął na czele buntu kilka dekad temu. Tymczasem nasz kraj wykształcił pokolenie ludzi skupionych tylko i wyłącznie na polityce, którzy nie dość, że nie potrafią się wysłowić, to nie mają jeszcze bladego pojęcia o tym, co właściwie pieprzą. Miernoty intelektualne szerzą się i mam wrażenie, że trzeba pokazać jakieś specjalne zaświadczenie o bycie opóźnionym w rozwoju psychopatą, by dostać mandat posła.
    https://twitter.com/LukaszBrzezicki/status/707637666624507905

  2. Większość polskich dziennikarzy zasługuje na resocjalizację

    Programów publicystycznych u nas pod dostatkiem, ale żaden w rzetelny i kompleksowy sposób nie przedstawia żadnych problemów. Zwykle polega to na zapraszaniu przestawicieli kilku partii, którzy przez pół godziny drą się na siebie, krzycząc nic nie znaczące slogany. Na koniec prowadzący/a przerywa i mówi: „to na tyle”. Z tego co pamiętam, to nie na tym polega prawdziwie dziennikarstwo. Polityczni publicyści nie pokazują żadnej głębi (choć wiem, że o to trudno) w myśli politycznej, nie mają społeczeństwu nic do przekazania czy wytłumaczenia. Przykład? Jacek Żakowski, który ogłosił Mateusza Kijowskiego (KOD) nowym Lechem Wałęsą.

    Żenujące, że wciąż znajdują się tematy zastępcze, by tylko uciec od prawdziwych problemów. Zaginiony pociąg, spadające samoloty, Mama Madzi, powodzie i smog – wszystko jest przedstawiane sloganowo, bez najdrobniejszej choćby chęci znalezienia w tym jakiegokolwiek znaczenia dla społeczeństwa.

  3. Społeczeństwo ma w dupie elity

    Musimy wyjść poza optykę Warszawy. Polska to nie jest Warszawa, to w dużej części małe miasta i wsie, w których nienawiść do inności, do polityków, Warszawy, gwiazd i establishmentu jest tak wielka, że jesteśmy – i piszę to z pełną odpowiedzialnością – o krok od tragedii. Teraz PiS nieco zasypuje te podziały swoimi kłamstwami wyborczymi i złudnymi nadziejami w stylu „500 na dziecko”, lecz ludzie w końcu zorientują się, że oni również są „salonem”. A wtedy może zrobić się jeszcze bardziej niebezpiecznie niż jest teraz. Ludzie mają w dupie bój o Trybunał Konstytucyjny. Ludzie chcą albo mieć co jeść, albo – jak zubożała tzw. „klasa średnia” – polują na nowego iPhone’a. Tak wygląda rzeczywistość.

  4. Elity mają w dupie społeczeństwo

    Wciąż mam wrażenie, że elity (tu piję zarówno do polityków, ludzi popularnych, jak i większości polskich mediów) prowadzą schizofreniczną grę ze społeczeństwem, w której z jednej strony starają się udowodnić, że bardzo im zależy na masie ludzkiej, a z drugiej mają ją kompletnie w dupie. Tematy poruszane w magazynach kolorowych czy dziennikach typu „Gazeta Wyborcza” są czasami nawet ciekawe dla ludzi żyjących w metropoliach, lecz zupełnie błahe dla mieszkańców wsi i miasteczek. Zupełnie nie dziwię się, że najpopularniejszą gazetą w naszym kraju jest „Fakt”, któremu trochę można zarzucić, ale opisuje prawdziwe problemy – ktoś ma konflikt z sąsiadką, emerytka nie ma na leki, w którejś gminie panuje korupcja. To są problemy, które interesują przeciętnego Kowalskiego, a nie obniżenie ratingów Polski.

    Maciej Stuhr może śmiać się z sytuacji w kraju na rozdaniu „Orłów”, my możemy to udostępniać na Facebooku, ale co z tego? Tyle nam, że wyśmiejemy bojaźnie społeczeństwa, wciąż nie skupiając się na ich genezie. Ten nasz śmiech z władzy i zapisywanie się na kolejne protesty czy to facebookowe czy KOD-u są jak opatrunek. Gdy go zdejmiemy, pozostaną same blizny. Tak właśnie działa ten promil świadomych obywateli – dystansuje się wobec rzeczywistości, zamiast próbować ją realnie kształtować. A od tego, do cholery, powinno się mieć wykształciuchów!

  5. Nikt nie ma skutecznej recepty na obecną sytuację

    Ja również jej nie mam. Wszystkie główne partie w Polsce chcą tak naprawdę utrzymania systemu neoliberalnego z lekkimi skrętami to w prawą, to w lewą stronę. Wciąż wierzą, że drobne gesty, jak wydłużenie wieku emerytalnego czy „500+” zmienią coś w naszym kraju, a to tylko zaślepki, które ledwo zakrywają balon frustracji, niezadowolenia i zwykłej złości, jaka nabrzmiewa w naszym społeczeństwie. Pomniejsze partie, jak Razem, mają swoje wizje, lecz są traktowane jako kwiatek do kożucha całej medialno-politycznej machiny. Ze smutkiem obserwuję jak Janek Śpiewak (Miasto Jest Nasze) czy Adrian Zandberg (Razem) spotykają się w studiu z rasowymi politykami. Ci ostateczni operują jedynie hasłami wysłanymi przez dowództwo, więc dyskusja z nimi nie ma żadnego logicznego sensu. I tak wracamy do punktu wyjścia, czyli do momentu, w którym na żółtym pasku jest jedzona na posiedzeniu Sejmu sałatka poseł Pawłowicz. I to jest najważniejszy temat dnia.

*

Co dalej? Nie wiem, nie czuję się na siłach dawać nawet swoich amatorskich rad. Z przerażeniem stwierdzam, że we mnie – jak w reszcie społeczeństwa – wzbiera gniew. Powoli przestaję mieć siłę trzymać nerwy na wodzy i traktować z szacunkiem osoby, które opluwają mnie, moich najbliższych i całą Polskę. Coraz częściej mam ochotę spotkać profesor (dacie wiarę?) Pawłowicz czy ministra (dacie wiarę?) Jakiego i zwyczajnie splunąć im w twarz. To mnie przeraża, bo potwierdza, że ta nienawistna choroba dopada także mnie.

Facebookowi publicyści krzyczą, że potrzebny nam nowy Wałęsa. Skoro już szukamy przykładów z przeszłości naszego kraju, to wolałbym nowego Jacka Kuronia – osobę inteligentną, lecz będącą wyczuloną na krzywdę najsłabszych. Bo to wbrew pozorom właśnie te najprostsze cebulaki, których tak chętnie wyśmiewamy w sieci, kształtują w dużej mierze to państwo. Jeśli będziemy wciąż uważać się za lepszych od nich, nie zaczniemy rozmawiać ze sobą i szukać wyjścia z nieciekawej sytuacji politycznej, to nie wróżę nam powodzenia.

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *