ohwywiad z Hanną Rydlewską

Hanna Rydlewska to jedna z członkiń mafii – tak nazywam grupę dziennikarzy „trzymających władzę” w mediach kulturalno-lifestyle’owych. Była naczelna Exklusiva, była zastępczyni naczelnego naTemat. Dziś wicenaczelna Przekroju. Opowiada o tym co było w jej życiu, o tym co jest w branży oraz o tym co będzie z Przekrojem.

Hanna_RydlewskaPatryk Chilewicz: Wiesz, że na swój sposób jesteś moją dziennikarską mamą?

Hanna Rydlewska: Rzeczywiście zauważyłam, że mam całkiem sporo dzieci, choć nie mam ani jednego rodzonego. Większość z nich „urodziła się” na warsztatach, które prowadzę z Marcinem Różycem w ramach Art & Fashion Festival. Spotkałam ostatnio całą gromadkę na Miesiącu Fotografii w Krakowie. To miłe uczucie.

Trochę odchowujesz tę dziennikarską młodzież, prawda?

Zależy mi, by dbać o interesy tych „dzieci”. Jeśli tylko mogę, staram się im pomagać, choć na szczęście większość całkiem dobrze radzi sobie w mediach. To zadaje kłam teorii, że stare dziady trzymają media, nie chcą ani odpuścić, ani dopuścić nikogo nowego.

No właśnie – trudno się dostać do twojej mafii?

Szczerze? Łatwo. Ta „mafia” jest otwarta na nowe osoby – wystarczy tylko się starać. I co ważne, nie tylko deklarować zaangażowanie, ale też robić. Bardzo dużo osób pisze do mnie maile: „Hej, chciałbym/chciałabym coś dla was („Przekroju” – przyp. red.) napisać”. Wtedy proszę tych ludzi o jakieś konkretne propozycje i odpada połowa. Drugi filtr to prośba o konspekt. W końcu okazuje się, że dobrych, wartościowych tekstów przychodzi niewiele. To kropla w morzu dobrych chęci i zapewnień. Nie można również zaczynać pracy w mediach z bardzo rozbuchanymi oczekiwaniami finansowymi. Dla wielu może to być bariera, bo na początku trudno o dobre zarobki. Jeśli jednak ma się determinację i talent, to droga wolna, ciągle można osiągnąć naprawdę wiele.

To jak jest z tym kryzysem w mediach?

Kryzys rzeczywiście jest, odbija się na pensjach redaktorskich oraz wierszówkach, które bywają mizerne. Obcina się również liczbę osób pracujących w redakcjach, co niewątpliwie przekłada się negatywnie na jakość gazet. Kiedyś istniała specjalizacja dziennikarska – to było bardzo przyjemne, bo każdy zajmował się określonym zakresem tematów, na których się znał. Dziś każdy może być dziennikarzem kulturalnym czy lifestyle’owym.

Wszyscy stali się specjalistami od wszystkiego.

Piszesz i o nowej książce, i o nowej knajpie z frytkami. Z jednej strony to fajne, bo pokazuje wszechstronność autora, jego zainteresowań, ale z drugiej odbija się na jakości, bo nie można dokładnie zbadać każdego tematu. Podobnie jest z pozyskiwaniem wiedzy – kiedyś dziennikarze polegali na książkach, encyklopediach i wiedzy własnej, a dziś wszyscy czerpią z Google’a.

Ty też miałaś swoją przygodę z Internetem. Po wielu latach pracy w magazynach drukowanych zostałaś na jakiś czas wicenaczelną naTemat.pl. Kilka miesięcy temu znów powróciłaś do prasy. Dlaczego?

Wróciłam, bo propozycja odbudowania „Przekroju”, jaką złożyła mi Zuzanna Ziomecka, była bardzo nęcąca. Nie odchodziłam z naTemat z przeświadczeniem, że Internet to niski poziom, że papier jest ambitniejszy. Po prostu wybrałam wyzwanie innego typu. Czuję, że mam w „Przekroju” misję do spełnienia, ona dopiero trwa.
Opuszczając naTemat myślałam jednak, że przez długi czas nie będzie mnie w sieci. A jest wprost przeciwnie. Połknęłam internetowego bakcyla – śledzę codziennie serwisy, blogi, założyłam Twittera. Mam poczucie, że dziś nie można wybierać między papierem a Internetem – działania mediów muszą odbywać się na obydwu płaszczyznach, być ze sobą skorelowane.

Strona „Przekroju” niestety trochę kuleje.

To prawda. Musimy najpierw uporać się z problemami wydania papierowego, by zabrać się za internetowe. To jest coś, na co mam wielki apetyt. Wydaje mi się, że śledzenie statystyk i słupków popularności naprawdę może uzależnić. Internet to wielki zasięg i błyskawiczna weryfikacja tekstu. Niektóre osoby źle reagują na ostre komentarze internautów. Mnie krytyka jakoś nigdy specjalnie nie bolała. Kiedy pracowałam w naTemat.pl, zostałam nazwana czerwonym pomiotem, feministką z wąsem czy lesbijką – to ostatnie oczywiście w pewnych kręgach jest obelgą. Bardziej mnie to ciekawiło niż przerażało, bo dawało kontakt z prawdziwymi ludźmi. Wywodzę się z niszowych magazynów lifestyle’owych, a życie w tym towarzystwie jest niczym innym jak tkwieniem w bańce mydlanej.

Co do bańki mydlanej – państwo, którzy siedzieli przed chwilą obok nas rozmawiali m.in. o „Przekroju”. Mówili, że z jednej strony jest fajny, lecz porusza tematy bardzo mainstreamowe i lekko przebrzmiałe. Zapytam podniośle: co z tym „Przekrojem”?

Ewidentnie jest na rynku miejsce dla tygodnika poświęconego sprawom kulturalno-społecznym. Zamiast ścigać się z „Newsweekiem” i „Wprost” – które już tak się do siebie upodobniły, że trudno je właściwie odróżnić – staramy się zagospodarować tych czytelników, którzy są zmęczeni wojnami polsko-polskimi. To ciągle jest eksperyment. Papier ma sens wtedy, gdy daje nam treści, których Internet nie jest w stanie. Nie wygramy oczywiście z szybkością informacji w sieci, ale możemy wygrać pogłębionymi tematami. Dobrze wiesz, jak jest w portalach – na napisanie tekstu masz godzinę i właściwie wszystkie teksty powstają według szablonu: wydzwaniasz trzech rozmówców, szybko autoryzujesz, piszesz wstęp i zakończenie. My pracujemy bardziej dogłębnie, stawiamy na jakość. Oczywiście ciągle udoskonalamy nasz system pracy i próbujemy być lepsi, a to wymaga czasu. Eksperyment z „Przekrojem” zaczął się niedawno.

Niedawno? Zuza Ziomecka zaczęła tworzyć redakcję chyba już na jesieni ubiegłego roku. To trzy kwartały.

Jeśli chodzi o zmianę takiego tytułu, jak „Przekrój”, to jest to naprawdę niewiele. To tytuł z historią, który w pewnym sensie jest dobrem wspólnym. Wielu ludzi czuje sentyment do bliżej nieokreślonego, dawnego „Przekroju”. Trudno w takiej atmosferze robić rewolucję, bo od razu podnosi się raban. Nasze ruchy muszą być przemyślane. Na szczęście komentarzy typu „Przekrój upada” czy „Marian Eile przewraca się w grobie” jest coraz mniej.

Widziałem te komentarze. Co więcej, przewija się wśród nich wątek, że „Przekrój” będą zamykać lada dzień.

Gdy przyszłam do „Przekroju” w listopadzie, czytałam w Internecie, że mamy mało czasu, bo tygodnik zamkną do końca 2012 roku. Mamy czerwiec roku następnego, a „Przekrój” ma się dobrze i z pewnością nie upada. Sprzedaż po zmianie ekipy wzrosła i ustabilizowała się na konkretnym poziomie, który oczywiście nie jest dla nas zadowalający, ale nie ma z tego powodu kryzysu. Spokojnie pracujemy nad tym, by czytelnicy przekonali się do „Przekroju” w nowej formule i znów darzyli go zaufaniem. Muszę więc rozczarować hejterów – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej.

Jaka właściwie jest przyszłość prasy drukowanej? Statystyki sprzedaży są zatrważające, redakcje tną koszta, ile tylko mogą, a sieć zabiera większość czytelników.

Wydaje mi się, że przyszłością są magazyny specjalistyczne. Zobacz, jak świetnie radzą sobie nowe tytuły poświęcone konkretnym zagadnieniom, przykładowo – kulinariom. Dla osób mających wspólne zainteresowania czytanie takiej prasy jest elementem tożsamości, uczestnictwem w debacie. Pogłębione, ciekawe dla wyselekcjonowanej grupy odbiorców teksty mają przyszłość, obowiązek newsowy przejął już Internet. Kryzys to świetny moment dla małych wydawnictw, które nie mają rozbuchanego budżetu, ale i oczekiwań reklamowych. Wychodząc w małym nakładzie gospodarują pewne nisze i są w stanie w nich przetrwać.

To prawda, że zaczynałaś jako stażystka w „Gazecie Wyborczej”?

Tak. Moją pierwszą publikacją w życiu była recenzja płyty Affabre Concinui, napisana wespół z moją przyjaciółką, Alicją Wysocką.

Czego?

Affabre Concinui to poznański sekstet wokalny, istnieje od wielu lat. A płyta, co pamiętam do dziś, bazowała na gwizdanych szlagierach. Byłam wtedy na pierwszym roku studiów i bardzo podniecałam się tym, że moja pierwsza publikacja trafiła na strony kulturalne ogólnopolskiego wydania „Gazety Wyborczej”.

A były to czasy, gdy kultura w „Gazecie” cokolwiek jeszcze znaczyła.

To było dla mnie wielkie przeżycie. Potem stażowałam jeszcze w dziale kultury „Gazety Stołecznej”. Pracowałam też w nieistniejącej już „Filipince”. Razem z Alą robiłyśmy reportaże społeczne. Przeszłam tam niezłą szkołę dziennikarską, bo poruszałyśmy tematy alkoholizmu wśród nastolatek, prostytucji, narkomanii, aborcji czy nieletnich matek.

To chyba bliskie ci tematy, jako wąsatej feministce.

Zdecydowanie! To było ważne doświadczenie, bo musiałam wyjść zza biurka, latać z dyktafonem po mieście i zbierać żywy materiał. Trochę później, siedząc w jakiejś kawiarni zauważyłam magazyn „Aktivist”, który wydał mi się bardzo fajny. Wsiadłyśmy z Alą do auta i pojechałyśmy do redakcji – adres był w stopce. Zachowałyśmy się dosyć bezczelnie, bo na recepcji powiedziałyśmy, że jesteśmy umówione z redaktor naczelną. Oczywiście nie byłyśmy. Zostałyśmy doprowadzone przed oblicze Zuzy Ziomeckiej, która na szczęście jest osobą otwartą na takie sytuacje. Zamiast pokazać nam drzwi, zadała kilka pytań. Rozmawiało nam się na tyle dobrze, że zaproponowała nam staż.

I tak powstały zaczątki mafii lifestyle’owo-kulturalnej!

Dokładnie. W „Aktiviście” robiłam materiały z miasta, tak zwany „risercz miejski”, więc przykładowo jeździłam na rozbierane imprezy do nieistniejącego już klubu Le Madame. Takimi rzeczami zajmowałam się naprawdę długo. Na bezpłatnym stażu byłam ponad rok, dopiero później zaczęłam zarabiać jakiekolwiek pieniądze. Małe. Mówię o tym, bo trwa teraz w mediach wielka debata o tym, czy młode pokolenie jest teraz uciemiężone, czy wręcz przeciwnie – leniwe.

No właśnie – czy jest bardzo trudno?

Tak, jest ciężko. Nie będę ściemniała, moich rodziców stać było na to, żeby mnie utrzymywać, kiedy byłam na stażu. W tym kontekście byłam uprzywilejowana. Dlatego nie czuję się dzisiaj uprawniona do tego, żeby kogokolwiek pouczać, zachęcać do przedsiębiorczości i realizacji neoliberalnego snu. Oczywiście moi rodzice cały czas powtarzali mi, że jestem wariatką, że godzę się na pracę za darmo, że to współczesna forma niewolnictwa.

Cóż, praca w mediach zawsze jest pewnego rodzaju szaleństwem.

Absolutnie. Także mi było łatwiej zacząć. Gdyby nie pomoc rodziny, pewnie musiałabym stać za barem w knajpie, by utrzymać się na dziennych studiach. Co nie znaczy, że nie zapierdalałam. Pracy było naprawdę dużo. Pewnego dnia zauważyła mnie Agata Nowicka, która była wtedy szefową działu mody w „Exklusivie” i wybierała się akurat na urlop macierzyński. Zapytała, czy nie mogłabym jej pomagać w magazynie i tak rozpoczęła się moja przygoda z „Exklusivem”. A tam to już na zmianę: zapierdol i awanse.

Zapierdol to słowo, które zawsze mam w głowie, gdy cię spotykam. Wymieńmy, co robisz teraz: „Przekrój”, Hani Bal w Chilli ZET, Art&Fashion…

…zestawienia do „K MAG”’a, inne zlecenia, które zawsze sobie wynajdę, trzy razy w tygodniu siłownia…

…kot w domu, życie prywatne, a pojawiasz się przecież też na imprezach. W jaki sposób to wszystko robisz i kto jest twoim dilerem?

Nikt! Ostatnio rzeczywiście czuję, że jestem trochę przemęczona, ale umówmy się – jestem pracoholiczką, wieczne zamieszanie wokół nakręca mnie. Dziś jest sobota, jestem wyspana i naprawdę cieszę się na weekend, bo to jedyny czas, gdy mam chwilę dla siebie. Gdybyś zapytał mnie w środę po południu, czy lubię świat, mogłabym powiedzieć, że średnio.

Raczej nie spytałbym o to w środę, bo dodzwonienie się do ciebie graniczy wtedy z cudem.

Moja mama twierdzi wręcz, że łatwiej jest umówić się z Michelle Obamą, niż ze mną. Ale tak musi być. Wydaje mi się, że to jest właśnie czas, w którym mam najwięcej możliwości: mam trzydzieści lat, nie mam dzieci i kredytu. Mogę podejmować ryzykowne decyzje i ostro zapieprzać. Nie chcę za dziesięć lat znaleźć się w sytuacji, w której dojdę do wniosku, że coś przespałam albo przeleżałam w SPA.

Chciałabyś kiedyś zwolnić, przestać żyć czterdzieści godzin na dobę?

Boję się takiej wizji. Jestem osobą, która we wszystkim przesadza, to klucz do mojej osobowości. Nie umiem nigdy znaleźć złotego środka – albo chodzę ciągle na imprezy i piję morze alkoholu, albo – jak od pół roku – nie piję wcale. Obawiam się, że podobnie byłoby z pracą. Mogłoby się to skończyć tak, że leżałabym w szlafroku na sofie i cały dzień paliła papierosy.

Marzy ci się jakiś własny tytuł?

Oczywiście. Najchętniej marka, w której zawierałby się portal, magazyn papierowy wychodzący raz na rok lub kwartał, będący ekskluzywnym albumem do czytania, ale też telewizja internetowa, stacja radiowa, może jakaś przestrzeń w realu…

Chciałabyś po prostu kupić Agorę.

Marzy mi się imperium medialne. (śmiech)

Zdjęcie: Maja Kryńska

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *