ohwywiad z Marcinem Różycem

Kurator, dziennikarz, krytyk. Zawsze w pierwszym rzędzie. Jego teksty czytają wszyscy, choć niektórzy nie szczędzą mu krytyki. Ostatnio wydał książkę „Nowa Moda Polska”. Jaka ona jest? Zapraszam do lektury.

Patryk Chilewicz: Kim ty tak naprawdę jesteś?

Marcin Różyc: Dziennikarzem mody, którego niektórzy ostatnio zaczęli nazywać krytykiem mody. Książka i wystawa, którą niedawno zrobiłem sprawiły, że zacząłem obracać się w środowisku bardziej związanym ze sztuką. Gdybym był Anglosasem powiedziałbym, że jestem fashion writer – w końcu napisałem książkę.

Pytam dlatego, bo słyszę o tobie naprawdę skrajne opinie. Dla jednych jesteś autorytetem i niewątpliwym znawcą mody, dla drugich postacią wyjętą z innej bajki, która kompletnie nie wie o co chodzi w modzie.

Gdybym zgadzał się z tą negatywną opinią, to z pewnością nie robiłbym tego, co robię. Trochę wiem o modzie.

Ale skąd taki duży rozrzut tych opinii? Jesteś osobą, która w swoich osądach stroni od kontrowersji i jednoznacznej krytyki. Skąd tak skrajne emocje?

Kiedyś rzeczywiście pisałem inaczej – bardziej krytycznie i osobiście, myślę jednak, że wtedy brakowało mi wystarczającej wiedzy, by to robić. I to właśnie denerwuje mnie dziś w polskim świecie mody – niesamowita ilość hochsztaplerów przebranych za światowców, którzy oceniają modę i showbiznes.

Panuje np. powszechna tendencja by krytykować Evę Minge. Krytykując ją, możemy poczuć się kimś lepszym. Wytykając jej prowincjonalny image, wydaje nam się, że jesteśmy bliżej Belgów, paryżan czy nowojorczyków. A Eva stworzyła silną markę w określonym stylu. Część Polski ją kocha. Udało jej się zdobyć kasę by zrobić pokazy w Paryżu, Moskwie, Nowym Jorku. W Paryżu wynajęła sobie hotel, zaprosiła parę arabskich księżniczek i pokazała haute couture. Nic w tym złego!
Kiedyś napisałem cykl o Evie. Spotkało to się ze strasznym poruszeniem, bo jednoznacznie nie skrytykowałem marki, wręcz odwrotnie. Doszło do sytuacji, że znajomi z branży napadali na mnie krzycząc, że to złodziejka i komuś za coś nie zapłaciła. Była w tym straszna nienawiść. W końcu jeśli ktoś coś ukradł, to warto iść na policję i wyjaśnić sprawę. Zaproponowałem, żeby wskazali poszkodowanych i prześladowanych, a ja artykuł śledczy zaproponuję Gazecie Wyborczej. Sprawy nie można tak zostawić. Nikt się jednak nie zdecydował, chodziło raczej o insynuacje, o plotki. Krytykowanie Minge to często wyraz kompleksów, budowanie własnej wartości. Nie wiem czy przeczytałem kiedykolwiek rzetelny komentarz o jej kolekcji. Zawsze wyrzucamy jej coś innego. Mi nie przeszkadza, że ona pokazuje się w Paryżu. Reprezentuje sporą część Polaków i nie tylko Polaków.
Dziś wszyscy są specjalistami od wszystkiego, wszyscy krytykują i znają się na wszystkim. Mi nie przeszkadza Dorota Wróblewska, bo ja akceptuję jej biznesowe podejście do mody. Nie przeszkadza mi celebrycki okołomodowy zgiełk w „Gali”. Przeszkadza mi, że nie ma porządnej alternatywy dla tego wszystkiego – Tygodnia Mody z prawdziwego zdarzenia, dziennika, który pisałby o modzie czy rzetelnego dziennikarstwa mody.

842899_10200526210139846_2121973457_oZ drugiej strony straszne krytykanctwo panoszy się w sieci. Kiedy moja była stażystka narzekała, że w Polsce nie ma krytyki mody i chodziło jej właśnie o obnażanie pewnych niedociągnięć, zadałem jej proste pytanie: pokaż mi kraj, w którym tak bardzo jedzie się po projektantach jak u nas. Moda jest częścią biznesu, a biznes utrzymuje media, czyli krytykowanie mody jest zwykle delikatne i bardzo konkretne. Oczywiście u nas moda nie może jeszcze utrzymywać mediów, a design jest na niższym poziomie niż za oceanem i pewnie warto obnażać jego porażające czasem braki, ale trzeba mieć do tego kompetencje, trzeba dużo o tym wiedzieć, trzeba mieć klasę.

Mam wrażenie, że większość osób piszących o modzie ma złudne wyobrażenie, że posiada monopol na prawdę. W Polsce branża mody jest mimo wszystko ciągle świeża i buduje się. Myślisz, że ten styl dziennikarstwa i sposób pisania na blogach jest przejściowym elementem całego rozwoju czy przeciwnie – pokazuje on odrobinę naszej polaczkowatości?

Mam szczerą nadzieję, że to okres przejściowy, choć zdaję sobie też sprawę, że Polacy strasznie się nie lubią. Sam nie jestem tu bez winy. W krajach anglosaskich powierzchowne jest mówienie sobie miłych rzeczy, u nas powierzchowna jest nienawiść. Przydałoby nam się troszeczkę sztucznego uśmiechu. Przydałoby nam się słowo „amazing”.

Wracając do pytania – poza modą na modę jest moda na ocenianie. Spójrz co dzieje się w prasie czy telewizji: wieczne rankingi, teleturnieje i plebiscyty urządzane przez niekompetentnych sędziów. Podobnie jest w modzie. Nad Wisłą nie ma jeszcze rzetelnej krytyki mody, nie ma takiej tradycji. Nie mamy wiedzy, doświadczenia, większość nie ma pojęcia jak wygląda globalny rynek. Tu nie wystarczy wbić się na pokaz Jacobsa. Pisanie o modzie w Polsce to taka zabawa, każdy jest tu trochę modowym Nikodemem Dyzmą.

Najbardziej irytuje mnie, gdy ktoś pisze, że kolekcja była super, ale zmieniłby dwa elementy. To strasznie prostackie. Pamiętajmy, że pokaz mody jest ciągiem logicznym. Niestety mało kto tę logikę w pełni rozumie. Nie lubię też skrajnych opinii wydawanych przez niekompetentnych.

A co z Fashion Weekiem? Wydaje mi się, że sytuacja jest taka sama: wszyscy cały czas narzekają, po czym grzecznie na jesień i wiosnę pakują się do Łodzi, by później móc narzekać dalej. O co w tym chodzi? To zakrawa o jakiś masochizm.

Wielu jednak się nie pojawia. Kiedyś sam chwaliłem polski tydzień mody. Dziś podchodzę do niego krytycznie. Wychodzę z założenia, że łódzki Fashion Week to prywatna inicjatywa, która dobrze, że istnieje, ale nie jest reprezentatywna dla polskiego świata mody, czyli nie jest typowym Tygodniem Mody. Z drugiej strony to jedyne modowe przedsięwzięcie w kraju, tak mocno wspierane przez pieniądze publiczne – wydarzenie współfiansuje Łódzki Urząd Miasta, to imponujące. Fashion Week Poland jest imprezą ważną, ale myślę, że Polska cały czas nie jest gotowa na Tydzień Mody z prawdziwego zdarzenia. Projektanci nie mogą działać razem i nie mogą pokazywać mody bez sponsorów, a to oni często powodują partykularyzację interesów. Prawie nikt nie finansuje tu pokazów z pieniędzy ze sprzedaży ubrań.

Nie podobają mi się też pyskówki, które są wokół imprezy i fakt, że nie potrafiono utrzymać Ani Kuczyńskiej czy Maldorora. Myślę że, warto byłoby też znaleźć pieniądze wspierające ważnych projektantów, np. dla Konrada Parola. Takie dofinansowanie byłoby korzystne nie tylko dla samego projektanta, ale także dla polskiej kultury. W Łodzi jest sporo niepotrzebnego blichtru.

Przejdźmy więc do samych pokazów, na których roi się od większych i mniejszych celebrytów średnio zainteresowanych modą. Czy to jakiś ogólnoświatowy trend, gdzie na pokazy zaprasza się zgraję pań z kolorowej prasy?

Tak jest na całym świecie, ale na mniejszą skalę. W końcu to media napędzają sprzedaż, a obecność celebrytów z pewnością temu pomaga. Pamiętajmy jednak, że będąc w Nowym Jorku mamy dostęp do innych gwiazd niż w Warszawie, a przecież lepiej jest zaprosić Cher niż kogoś z „M jak miłość”.

Nie jestem też do końca przekonany, czy założona przez projektantów idea, że to celebryci sprzedają modę jest do końca słuszna. Tak jest na pewno z Maciejem Zieniem i ja nie mam nic przeciwko temu, że w pierwszym rzędzie na jego pokazie siedzą panie z nowym modelem nawet nie sukienki, ale ust i biustu. Bardziej wkurza mnie sytuacja, w której Krzysztof Stróżyna robi wielki pokaz w Warszawie i robi go ze wszystkimi najgorszymi schematami: kolorowe światła, ścianki, marni celebryci, walka o pierwsze rzędy…

A przecież Krzyś przyjechał niedawno z Londynu, więc z pewnością widział pokazy na o wiele wyższym poziomie.

Dokładnie. I to jest bardziej niepokojące: młode, zdolne osoby, które wpadają w krajowy bazar. Świetnym przykładem jest Gosia Baczyńska, którą często stawia się w jednym szeregu z Zieniem czy Dawidem Wolińskim, ale w relacjach czy rozmowach o pokazach Gosi mówi się o ubraniach, kolekcji, pokazie, sztuce, a nie o kolejnym spędzie towarzysko-celebryckim. Najważniejsza jest tu moda, nowy sposób jej wyeksponowania, a nie gwiazdy.

W jakim kierunku zmierza polska moda? Z jednej strony widzimy coraz większą profesjonalizację branży, lecz z drugiej to wszystko jest płytkie: Top Model, tysiące takich samych blogów ze stylizacjami i Anja Rubik na Pudelku.

Moda dopiero zaczyna być poważnym biznesem, rynek się dopiero kształtuje, moda dopiero zaczyna się sprzedawać. Wciąż jest tylko trochę lepiej niż w latach 90., gdy zaczynała Joanna Klimas. Pieniędzy jest więcej, lecz pochodzą one przede wszystkim z PR-u, a nie z handlu modą. To ekskluzywna woda, a nie sprzedaż ubrań umożliwia zorganizowanie dużego pokazu. Oczywiście są wyjątki.

No właśnie – ze wszystkich stron trąbi się o kryzysie, a to właśnie teraz część projektantów zaczyna wychodzić na swoje, co tydzień słychać o kolejnym magazynie lifestyle / fashion, który ma się ukazać, a projektantów, a raczej „projektantów”, przybywa w niezwykłym tempie. Na czym to polega?

Kryzys nie dotyka autorskiej mody. Wszystkiego jest tu za dużo. Wielu marek już nie znam, na blogi kompletnie nie mam czasu. Boję się też, że poziom brzydoty panujący w sieci wpłynie na mnie negatywnie. Staram się tego unikać.

Czy są w Polsce jakieś gazety, portale, blogi, a może postacie, na które warto by zwrócić uwagę?

Trudno powiedzieć…

Ani jednej?

Ja naprawdę wolę poczytać „Tygodnik Powszechny”, „New York Times”, Showstudio niż jakiegoś polskiego blogera.

228217_2043204161821_7459872_n

No właśnie – blogerzy. Jakie masz zdanie o czołówce naszych szafiarek? Zaczynały od blogów, potem dostały pierwsze rzędy na pokazach, a teraz są gwiazdami Pudelka i TVN-u. Czy to nowe pokolenie celebrytek?

To pytanie w stylu: co myślisz o magazynie Hot, Moda & Shopping i Dzień Dobry TVN. To nie moja moja bajka, skupiam się na innych rzeczach. Chociaż jedna pani bardzo mnie ostatnio zniesmaczyła. Przypomina czarnowłosy odpowiednik Violetty Villas.

Macademian?

Tak! Wydaje mi się, że te wszystkie materiały, którymi się obwija są sztuczne, ściągnięte ze starych plastikowych lalek, wygrzebane z przedszkola z lat 80. Jej makijaż przypomina styl szalonej starszej pani z krakowskiego rynku. Przedziwne zjawisko.

Jessica i Maffashion jakoś mnie nie irytują. Szczególnie Mercedes jest dobrze ubraną dziewczyną, więc być może ma to jakieś przełożenie na polską ulicę. Jess i Maff są spełnieniem marzeń wielu dziewczyn. To takie modowe księżniczki, podobnie jak Kasia Tusk. To wszystko jest częścią współczesnej kultury patrzenia i kultu oka. Ten, kto szuka u nich dziennikarskiego zacięcia nie znajdzie go, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Tam chodzi o fajne buty, porady modowo-lifestylowe i o to, że się komuś udało.

A co sądzisz o młodych chłopakach, niekoniecznie blogerach, pragnących zrobić karierę w świecie mody? Ostatnio takich nie brakuje.

Jeśli chłopak decyduje się na obcasy, to musi zdawać sobie sprawę, że każdy będzie się na nie patrzył. Powinien wybrać buty Owensa czy Chanel, albo ciuchy Maldorora. Tymczasem na łódzkim Tygodniu Mody widziałem faceta na obcasach na poziomie Ryłko, czyli w porządnych butach dla urzędniczek. Na górze miał chyba sukienkę z taśm magnetofonowych. I w tym wszystkim najsmutniejsze jest nadęcie, utożsamianie się z międzynarodowym środowiskiem fashion. Podczas ostatniej edycji z tłumu wystawała np. głowa odziana w turban w kształcie plemnika… I to nie był projekt od Philipa Treacy. Śmieci może nosić punkówa, rewolucjonista, kontestator, wtedy to jest wiarygodne, a nie ktoś, kto chce należeć do elitarnego środowiska mody.

Kolejny ohwywiad w czwartek o 18:00 na www.ohpatryk.wordpress.com!

Komentarze:

0 Replies to “ohwywiad z Marcinem Różycem”

  1. Kiedy czytam wypowiedzi p. Różyca to co mam w głowie na temat mody nagle zostaje sprecyzowane i pięknie opatrzone. Moim zdaniem w tym wywiadzie jest cała prawda tylko prawda i szczera prawda. Świetny!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *