Pięć godzin to za mało – recenzja „Kabaretu Warszawskiego”

Miałem mieszane uczucia. Przede wszystkim czas – nie należę do najcierpliwszych osób, a pięć godzin z jedną przerwą mogłoby być dla mnie niszczące biorąc pod uwagę pobudkę o szóstej i cały dzień w pracy. Zgromadziłem więc całą energię słoneczną i niczym Stachursky wyruszyłem do Nowego Teatru.

Dostać się nie było łatwo. Tramwaje warszawskie oczywiście nie mają nic wspólnego z logiką, więc wszelkich nie znających się na ZTM zaznaczam, że nie należy się po nich spodziewać niczego poza podwyżkami biletów. Tramwaje linii 10 postanowiły zwyczajnie i bez żadnego komunikatu nie zjawiać się jeden po drugim. Pozostała taksówka. Kierowca zachęcony napiwkiem zapewnił, że podwiezie mnie ekspresowo. Oczywiście nie mogło być zbyt prosto i rozpoczęliśmy długą i monotonną podróż. W końcu – udało się! Totalnie znerwicowany dotarłem na Madalińskiego. Dwa wypalone pod rząd papierosy nie pomogły mi zachować spokoju umysłu. Z tego wszystkiego nie wyobrażałem sobie spędzić pięciu godzin na tyłku. A jednak.

1083 kabaret1089Warlikowski jest specyficzny – piszę ten banał ku przestrodze, np. pana, który siedział obok M., a który na każdym homoseksualnym pocałunku obracał głowę z niesmakiem. Po czasie trochę mnie to fascynuje. To trochę tak jakby zakonnica poszła do łóżka z Jerzym Urbanem i miała później pretensje dlaczego bezbożnik w niej jest.

Nie ma sensu opisywać spektaklu tak długiego, wielowątkowego i specyficznego. Napiszę jedno: warto. Genialne kreacje Andrzeja Chyry (zresztą jak zawsze), Stanisławy Celińskiej, seksownego Bartosza Gelnera i hipnotyzującego Jacka Poniedziałka sprawiły, że czas nie dość, że się nie dłużył, to minął wręcz w ciągu chwili. Świetne wrażenie zrobił na mnie też Maciej Stuhr. Na kilka tygodni zapomniałem o tym, jak dobrym jest aktorem, zafrasowany jego medialnym cierpieniem z powodu nowego związku. Jak widać gdy młody Stuhr zajmuje się tym, w czym jest dobry, wychodzi mu to naprawdę rewelacyjnie.

O ile nie jestem fanem przesadnej wulgarności i niczym nieuargumentowanego erotyzmu, o tyle Warlikowski świetnie wybronił wszystkie cycki, stosunki seksualne czy półnagie ciała wijące się w klatce. Zdecydowanie wolę fabułę od zbytniego epatowania seksem. Wystarczy mi już wzwodów i orgazmów na Facebooku czy w reklamach. Dzisiejsza taniość stosunku seksualnego może skutecznie do niego zniechęcić. Mimo pierwszego negatywnego wrażenia (błagam, nie mylcie tego z jakąkolwiek cnotliwością) „Kabaret Warszawski” świetnie się broni.

Tam wszystko jest po coś. Perfekcyjna scenografia, u Warlikowskiego to już właściwie standard, genialne stylizacje, gra światłem… Każdy ruch był doprowadzony do perfekcji, podobnie jak dialogi, których wartkość i wieloznaczność sprawiają, że wciąż można doszukiwać się w nich kolejnych głębin. „Kabaret Warszawski” jest nie tyle dobry, co fascynujący i uzależniający. Po pięciu godzinach czułem lekki niedosyt. Więcej Warlikowski, więcej!

PS. Chciałbym serdecznie pozdrowić panią Anię Popek i jej perlisty śmiech, który ubarwiał mi spektakl.

Komentarze:

2 Replies to “Pięć godzin to za mało – recenzja „Kabaretu Warszawskiego””

  1. Witam
    Dzis wybieram sie na ten wlasnie spektakl i mam podobne obawy jesli chodzi o czas trwania choc przyznam ze bardzo lubie teatr. Po przeczytaniu Pana opinii jestem duzo lepiej nastawiony , powiedzialbym wrecz ze nie moge sie doczekac.
    Dziekuje za opinie i podziele sie z nia rowniez na tej stronie po obejrzeniu tegoz spektaklu.
    Pozdrawiam
    Sylwester

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *