Przyszedł „Przekrój”. I co? [RECENZJA]

Zamiast wstępu będą przeprosiny, bo nie zamierzam w tym tekście być nawet odrobinę obiektywny. Z „Przekrojem” łączą mnie uczucia osobiste (pisałem do ostatniej wersji tygodnika przed upadkiem) oraz sentymentalne, bo jestem przedstawicielem jednego z tych pokoleń, które czytało „Przekrój” co tydzień od deski do deski. Momentami był on lepszy, momentami gorszy, ale zawsze gdzieś blisko mnie. Z dzisiejszą odsłoną nie mam nic wspólnego, lecz trudno, bym nie zwrócił na nią uwagi. 

Nie było łatwo go znaleźć. W dwóch Empikach sztuk zero („Skończyły się koło południa”), dwa saloniki prasowe inMedio także puste („W dwie godziny się rozszedł”). W trzecim kiosku udało się.

– Chce pan jeden czy dwa? – zapytał mnie sprzedawca.
– Dwa? – odpowiedziałem pytaniem wyraźnie zbity z tropu.
– Ludzie po trzy biorą, nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem – tłumaczył wyraźnie zdziwiony kioskarz. Zauważyłem, schylając się do lufcika zawalonego batonami, doładowaniami i prasą codzienną, że sam ma w ręku nowy kwartalnik.
Ciężki grudzień bo prezenty i przelewy na Aleppo, więc wziąłem jeden. Teraz trochę żałuję.

img_1083

„Przekrój” z pozoru wygląda jak te modne kolorowanki dla dorosłych, co to mają odprężać. Po szybkim przekartkowaniu, bo to na szczęście inny kaliber niż „Newsweek” i przeczytanie ciekawych tekstów potrwa więcej niż jedno posiedzenie w ubikacji, widać już, że także będzie odprężał, ale odprężał głowę, a nie tylko palce po codziennej pisaninie setek maili.

Layout magazynu zachwyca lekkością. Odnosi się bezpośrednio do tego pierwszego „Przekroju” autorstwa Mariana Eile, lecz zamiast topornego retro z obciążeniem PRL-owskim dostajemy pięknie złożony i naprawdę świeży magazyn, który dzięki swojej różnorodności w poszczególnych szpaltach nie nudzi. Ten zabieg sprawia, że każde przewrócenie kartki jest nowym odkryciem. I – co najważniejsze – za każdym razem wywołuje uśmiech i sprawia, że chce się spędzić na każdej stronie bardzo dużo czasu.

img_1084

Bałem się, że w kwartalniku znajdzie się zbyt dużo materiałów archiwalnych. Łatwo bowiem popaść w samo zachwyt i uczynić nowy magazyn po prostu ładną kompilacją „the best of” z lat minionych. Pomyliłem się – dzięki zręcznej pracy redaktorskiej materiały sprzed lat czyta się, jakby zostały napisane wczoraj. To oczywiście główna zasługa wybitych literatów, ilustratorów i grafików, bo ich dzieła są uniwersalne, ładne i zwyczajnie mądre, lecz dodatkowo ich dobór w numerze pierwszym (a więc 3556) jest naprawdę bardzo zgrabny. Brawo.

A co w środku? Same skarby. Michał Brennek pisze wspaniale i poradnikowo o pogodzie, Kobas Laksa opowiada o trudnym życiu z niepełnosprawnym dzieckiem, Tomasz Stawiszyński rozmawia z wybitną filozofką Marthą Nussbaum o ludziach wykluczonych, za rogiem numer 91 czai się obrazkowa opowieść autorstwa Piotra Skrzyneckiego i Kazimierza Wiśniaka. Poza tym masa pięknych zdjęć, niezawodna krzyżówka oraz ilustracje tak dobre, że moje zawodne pióro nie jest w stanie tego uchwycić.

img_1086

Co ważne, w „Przekroju” nie ma tej politycznej papki, którą znamy z „Polityki”, „Wprost” czy innego „Newsweeka”. Nie ma Schetyny, Petru, KOD-u, Macierewicza i całej reszty małych ludzi. Oczywiście fragmenty ze smutnej polskiej rzeczywistości przebijają się, bo kwartalnik nie jest tworem odrealnionym, lecz podawane są w sposób charakterystyczny dla „Przekroju”, a więc dowcipnie i często z ukrytym przekazem.

Piotruś z rysunku Marka Raczkowskiego odpowiada, że w przyszłości chciałby być gołą babą. Nie zgadzam się z nim. W przyszłości chciałbym być „Przekrojem” – doświadczony, mądry, zabawny, niemłody, ale upiornie seksowny.

img_1081img_1085img_1082img_1080img_1087

 

Komentarze:

2 Replies to “Przyszedł „Przekrój”. I co? [RECENZJA]”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *