Raz, dwa, trzy. Nimfomanka to ja i ty

Zdaje się, że Lars von Trier do perfekcji opanował sztukę autopromocji. To było zauważalne już przy jego filmie „Antychryst”, który był osławiony jako obrazoburczy, wyzywający i poruszający tabu. Wyraziste plakaty i mocny PR sprawiły, że do polskich kin w weekend premiery poszło na niego 100 000 osób. To dużo jak na kino, w którym nie grają Angelina Jolie i Brad Pitt. Ja na filmie przysnąłem i nie czuję specjalnej potrzeby wracać do niego.

„Nimfomanka” (weekend rozpoczynający to 110 000 polskich widzów) mimo że opowiada o czymś zupełnie innym, promowana była w podobny sposób. Jako mocno erotyczna, wyzywająca, kontrowersyjna. Obiecywano nam ostre sceny seksu i oburzającą wulgarność, a dostaliśmy… erotyzujący film o współczesnej kobiecie. Świetnie opowiedziany, inteligentny i ciekawy, ale ni mniej ni więcej. Jednak po kolei.

1527066_725334127486520_577202281_nPR polskich dystrybutorów filmowych jest na coraz wyższym poziomie, co można łatwo wywnioskować na podstawie maili, jakie w ilości hurtowej i o coraz bardziej szalonych i odrealnionych tytułach dostaję codziennie na skrzynkę mailową. Obietnice w nich zawarte są naprawdę duże, lecz środowisko dziennikarskie, do którego maile są kierowane, nauczyło się na szczęście patrzeć na pochwalne peany przez palce. Nie zdarzało się jednak do tej pory, by dziennikarze włączali się bezpośrednio i publicznie w promocję jakiegokolwiek obrazu. Tym razem ta cienka granica została przekroczona. Polscy krytycy za namową firmy pokazali własne orgazmy w specjalnym plakacie promocyjnym. Świetnie to opisano na blogu Z górnej półki: „Żaden z krytyków biorących udział w sesji nie widział wcześniej filmu. Pierwsze pokazy prasowe, co dystrybutor potwierdza, odbyły się bodajże w dniu pojawienia się grafiki. Dlaczego jest to problem? Bo oto profesjonaliści łamią zawodową etykę, podejmując się promocji produktu, którego nie mieli wcześniej okazji przetestować. Stają się tym samym jego niewolnikami. No bo jak zawierzyć ich późniejszym recenzjom filmu von Triera, skoro są już „uwikłani” w jego promocję?

Reklamowanie filmu przez krytyka nie jest tym samym, co np. udział aktora w promocji pasztetu. Jemu nawet nie musi ten pasztet smakować, bo wykonuje tylko swoją pracę, podejmując się rodzaju komercyjnego zlecenia.

Sprawa wbrew pozorom jest poważna, bo jak zawierzać lubianym przez nas krytykom, skoro są oni uwikłani w promocję i układy z dystrybutorem? A jeśli nie jest to żaden układ, a oni sami nic nie mają z tej współpracy, to dlaczego wchodzą w rolę hostess w supermarkecie, które reklamują batoniki często nie mając ich nigdy w ustach? To smutne tym bardziej, że w tym gronie jest sporo cenionych przeze mnie twórców, a także moich dobrych znajomych.

To długi wstęp, lecz trudno się bez niego obyć. A film? Na pewno nie jest to najlepszy obraz von Triera. Ja wciąż pozostaję pod wielkim wpływem „Melancholii”, która chyba zamknęła rozdział von Triera kameralnego. Na „Nimfomance”, a byłem na seansie w poniedziałkowy wieczór, było już popcornowo i towarzysko. Przybywały młodzieżowe grupy roześmianych studentó, których z pewnością nie ujrzelibyśmy na „Tańcząc w ciemnościach” czy „Idiotach”. Szczęśliwie przy drugiej scenie seksu nerwowe chichoty co bardziej wstydliwych ucichły, a telefon na sali zadzwonił tylko dwa razy.

chapter_2_photo_by_Christian_GeisnaesJoe, główna bohaterka, to właściwie każdy z nas, millenialsów z dużych miast. Nie mamy zahamować przed wzajemnym opowiadaniem sobie ile kto ma centymetrów, gdzie i co wsadzał oraz w którym miejscu skończył. Czy można to nazwać perwersją, skoro uczestniczy w tym zdecydowana większość? Perwersja z definicji jest jakimś odchyleniem, a skoro odchylenie ma cała grupa pokoleniowa to czy wciąż jest odchyleniem?

Te historie znamy wszyscy, ja też. Seks w kiblu w supermarkecie, beznamiętne bzykanie z nieznajomym czy układ z kolegą, z którym co prawda nie pójdzie się na kolację, ale chętnie possie jego penisa. Czy to czyni nas złymi ludźmi? Tak uważa Joe. Cały czas powtarza te obawy opowiadając historię swojej nimfomanii Saligmanowi. On, mimo że wydaje się konserwatywnym mężczyzną, stara się uwolnić ją z poczucia winy.

Tymczasem Joe zdaje sobie sprawę, że to co robi nie jest zdrowe. Nie potrafi tego nazwać, nie wie jak sobie z tym radzić. Nie wie nawet czy chce sobie radzić – ona już zaakceptowała, że jest złym człowiekiem. Seks nie jest dla niej miłosnym uniesieniem, lecz ucieczką od rzeczywistości, pewnym rytuałem, który tak jak zmawiany pacierz przy piątym razie pod rząd przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, a staje się zwykłym beznamiętnym odbębnieniem rzekomego obowiązku. Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy po filmie spodziewają się jakiś sensualnych uniesień. To nie jest erotyk mający pobudzić nasze zmysły, to opowieść o ucieczce kobiety. Można zatracać się w alkoholu, pracy czy narkotykach. Ona zatraca się w seksie – różnica polega tylko i aż na tym.

Samego seksu w tym filmie wcale nie jest dużo. Nie pokazano nic, czego wcześniej nie widzielibyśmy w filmie fabularnym. Członki, waginy czy piersi wcale nie są wielkimi kinowymi odkryciami, przecież spotykamy się z nimi sporadycznie cały czas! Brak stosunków w filmie nie jest jednak wadą, wręcz przeciwnie. Oszczędnie pokazywana zmysłowość pozwala nam bez erotycznych fantazji spojrzeć na świat Joe – zupełnie tak jak patrzy ona.

Na wielką pochwałę zasługuje metaforyczność (nie mylić z poetyką, bo poezji tam w seksie nie ma), z jaką potraktowano stosunek seksualny. W poszczególnych rozdziałach porównywano go do wędkarstwa czy muzyki Bacha. Brzmi absurdalnie? Tylko z pozoru. Te metafory sprawiały, że momentami „Nimfomanka” bawiła, pokazując groteskę samego mechanicznego seksu. Genialne w swej prostocie.

Rola Umy Thurman to najciekawsza kreacja pierwszej części
Rola Umy Thurman to najciekawsza kreacja pierwszej części

Miałem duże obawy co do tego filmu. Robiąc mocno wyzywające kino można łatwo wpaść w pułapkę czystej kontrowersji, za którą nie kryje się żadna głębia. W „Nimfomance” na szczęście znajdziemy trochę więcej niż piersi Charlotte Gainsbourg czy przypadkowe penisy jej przypadkowych kochanków. Z zainteresowaniem czekam na część drugą, która wchodzi do kin 31. stycznia.

Spirala ciekawości, jaką wokół filmu nakręcił dystrybutor sprawia jednak, że nie można pozbyć się wrażenia, że obiecywano nam najpyszniejsze ciastko na całym świecie, a dostaliśmy dobry, domowy sernik. Zjedliśmy go ze smakiem i nie wybrzydzaliśmy, lecz pozostał niesmak. Przecież miało być coś wyjątkowego, drodzy spece od PR-u!

Komentarze:

5 Replies to “Raz, dwa, trzy. Nimfomanka to ja i ty”

  1. to smak czy niesmak? z niecierpliwością czekasz na kolejną część na której przyśniesz? zdecyduj się 🙂 wydaje mi się, że z góry założyłeś że film to przede wszystkim pr i w podsumowaniu musisz to podkreślić mimo że w środku tekstu widać jednak co innego

    1. Film mi się podobał, lecz nie sposób w recenzji nie wspomnieć o nachalnej promocji, która wylewa się zewsząd. A, i nie przysnąłem na nim, tylko na „Antychryście” – masz to w tekście. „Nimfomanka” mnie bawiła i ciekawiła, czekam na drugą część.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *