Rok

patryk chilewicz

Cześć, to już jakoś rok od początku pandemii w Polsce. Ten rok był wyjątkowy, choć mam wrażenie, że „ten rok był wyjątkowy” piszę co roku. Może tak wygląda dorosłe życie, że tę wyjątkowość dostrzega się na każdym kroku i wyjątkowe okazuje się każde przeżycie? A może nasz świat uczy takiego narcystycznego podejścia do samego siebie i szczerze uwierzyliśmy w wyjątkowość każdej sekundy?

Nie wiem, ale wiem, że rok pandemiczny był wyjątkowy. Tu śmiech w nawiasie. Zacząłem go od obsesyjnego sprawdzania co godzinę nowych doniesień o kolejnych przypadkach i śledzeniu każdego z nich. Media oczywiście dały radę (to ironia, gdyby ktoś nie skumał) i skutecznie zadbały o postapokaliptyczny charakter oraz rozbudzanie stanów lękowych. A że czytam je nałogowo, wpadłem w to absolutnie.

Marzec i kwiecień przyniosły mi też poważne załamanie nerwowe, które przypłaciłem festiwalem wielu dni pełnych ataków paniki i zmianą leków psychotropowych. Proces z nowymi lekami wygląda tak: wychodzenie z poprzednich leków, chwila przerwy, wchodzenie na nowe leki, dochodzenie do wskazanej dawki, a w trakcie masa skutków ubocznych.

To nie jest więc chwila moment i nagła poprawa. To kilka tygodni mniejszego i większego cierpienia.

To były miesiące, w których zostałem publicznie opluty przez kilka osób, które lubiłem. Samo opluwanie nie robi na mnie wrażenia, ale gdy robi to osoba, którą się lubiło, to jednak można poczuć się zaskoczonym.

To też miesiące, w których premierę miała moja pierwsza książka. Wydana w fatalnym momencie i – z perspektywy czasu to dostrzegam – w fatalnej komunikacji marketingowej. Choć z samych literek w środku jestem nadal w miarę zadowolony, tak z całej otoczki wkoło już niezbyt, ale to motyw na kompletnie inny tekst.

Kolejne miesiące to fala wznosząca dla Vogule Poland, która pozwoliła nam poczuć się w miarę stabilnie w rzeczywistości bez organizowanych wydarzeń, które dotąd były naszym głównym źródłem zarobku, a których w 2020 roku zorganizowaliśmy jakieś 10% tego, co w 2019. To było miłe, budujące, momentami – to też myśl z perspektywy czasu – aż za bardzo.

2020 to także rok wyborów prezydenckich, które wygrał ten, który wygrał. I to też rok, w którym przez tą wygraną przyspieszyliśmy decyzję o wyprowadzce z Polski.

Zmienianie swojego życia o 180 stopni przy tak kruchej psychice i w całym szaleństwie pandemii okazało się najlepszą z możliwych decyzji. Tak oceniam to w marcu 2021.

Pozwoliło mi to zdystansować się wobec polskich spraw, choć nadal obsesyjnie śledzę, co dzieje się w kraju. Pozwoliło to zyskać całą masę osób, które z nienawiści, frustracji czy zwykłej zazdrości życzą mi notorycznie, bym „wylądował na ulicy”, „zdechł z głodu” i upokorzony wrócił do nich, do Polski, by mogli wytykać mnie palcami i mówić, że „to ten, któremu się nie udało”.

Serio, to jakiś nowy level w nienawiści, którego dotąd nie znałem, bo siedziałem grzecznie w Polsce, byłem bity, poniżany i okradany przez system, jak wszyscy. No i nagle wyjechałem. I dopadła mnie zawiść, ale wierzcie mi, nie odbieram jej jakoś specjalnie poważnie. Obserwuję raczej jako smutne zjawisko, mające swoje podłoże w ogólnym nieszczęściu, smutku, frustracji. Ciężko więc powiedzieć mi, że gardzę tymi ludźmi, mam w stosunku do nich (co może nie jest najzdrowsze?) sporo empatii i zrozumienia. Serio.

To jednak promil w morzu mojego życia, nie spędza mi to snu z powiek.

Snu ogólnie mam mniej, bo po konsultacji z prowadzącą mnie lekarką zdecydowaliśmy o próbie odstawienia tabletek ułatwiających zasypianie. To te same tabletki, które od ponad roku powodują u mnie wzrost łaknienia, który pozwala pisać ludziom, że jestem „gruby”, „przytyłem”, ale ogólnie to „hihi” i „mnie lubią”.

Sny mam dziwne, zabawne, ale niekoniecznie smutne. Budzę się jednak regularnie przed 4:00 w nocy. Właściwie codziennie w okolicach 3:45. Siadam na łóżku, odruchowo sprawdzam social media, idę zrobić siku i zasypiam. Robi się z tego rytuał, o który wcale nie prosiłem. Tu też śmiech w nawiasie.

To był bardzo dziwny rok, pełen wielkich decyzji i niskich wojenek. Czuję, że następny będzie spokojniejszy, bo po prostu ja jestem spokojniejszy. Nie czuję też w tym momencie potrzeby wielkich zmian czy podnoszenia głosu.

Jestem na etapie, w którym zarzuciłem już kotwicę i czekam, aż ona dobrze ułoży się na dnie morza. Poświęcam ten czas na słuchanie ciszy i to mnie satysfakcjonuje. I temu chcę się teraz poświęcić.

✌️

P.


4 comments

  • Mam nadzieję, że ustanie ta fala wzgardy i życzenia Ci (oraz Wam) porażki i powrotu w upokorzeniu do Polski. Według mnie bardzo ważnym jest poruszanie tego tematu przez osoby, które wyjechały. To jest wciąż tabu. O tym się nie mówi. A okazuje się, że z Polski można wyjechać, ale albo trzeba cały czas podkreślać, że zagranica jest zła i strasznie tęsknisz, albo po prostu przygotować się na słyszenie z nawet najmniej oczekiwanych stron „stul pysk”. Odkąd zaczęłam na poważnie myśleć o przeprowadzce do innego kraju i komunikować to bliższym oraz dalszym znajomym, stałam się obiektem niespodziewanej złości, pogardy i zarzutów o „zdradę”. Nie wiem, co za tym stoi. Czuję, że sprowadzenie tego do zazdrości jest uproszczeniem. Jednak z braku innego wytłumaczenia, to wydaje mi się najbliższe prawdy. Zwłaszcza, że takie słowa w większości wypowiadają osoby, którym Polska nie dała z siebie nic, czego warto by bronić. Którzy po prostu tu się urodzili i tu się wychowali (ponieważ każdy gdzieś się rodzi i wychowuje). Myślę sobie, że robisz dobrą robotę otwierając się przed szerszym gronem na takie tematy. I mam nadzieję, że ta kotwica osiądzie szybciej, niż się spodziewasz 🙂

    • Wyjedź. Pozdrawiam z Berlina, gdzie na dniach będę świętować 7. rocznicę wyjechania na pół roku na próbę. Wszystkiego dobrego!

  • Patryku! Mam tak czasem w życiu,że los styka mnie na chwilę z obcą dotąd osobą i w kilka chwil dostrzegamy w sobie takie podobieństwo doświadczeń, emocji, jakieś lustrzane odbicie własnej duszy,że ma się ochotę wyciągnąć rękę i powiedzieć „bracie/siostro”. Towarzyszył temu zawsze jakiś ból serca, ale też jakieś dziwne szczęście,że oto spotkaliśmy siebie w naszych samotnych wędrówkach, w szarej prozie życia. Nigdy nie miałam tak w odniesieniu do, powiedzmy, postaci medialnych, ludzi, których nie mogę osobiście doświadczyć, nawet nie kochałam się nigdy w żadnym gwiazdorze. Tu śmiech w nawiasie. Ale Ty wysyłasz tak silne fluidy, które pokonują bariery i odległości i otworzyły moje zabite dechami dla bezpieczeństwa serce. Mimo,że relacja taka nigdy nie będzie symetryczna, chcę wyciągnąć do Ciebie ręce i powiedzieć „bracie!” Dobrze,że istniejesz. Mam nadzieję,że patos zostanie mi wybaczony, tak piszę, jak czuję, szczerze. Pozdrawiam i życzę Wam tyle dobra, ile uniesiecie.

  • Wraz z mężem również zastanawiamy się nad emigracja. Co ciekawe, osoba z bliskiej rodziny o pogldach raczej prawicowych również nosi się z zamiarem emigranci twierdząc, że w tym kraju nie da się żyć. Wygląda na to, że doprowadziliśmy do takiej sytuacji, że dobrze tutaj jest tylko partii rządzącej i jej fanatykom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.