Show, czyli biznes

Świat żywi się plotką, a świat show-biznesu wręcz opiera się na niej. Gwiazdy często narzekają na zbyt wielkie / zbyt małe zainteresowanie mediów, które rzekomo za bardzo lub za mało interesują się ich życiem. Ania Mucha najpierw umawia się na ustawki z tabloidami, a później krzyczy do paparazzi: „idź sobie!”, kreując się na ofiarę show-biznesu i artystkę, która zwyczajnie chce spełniać się zawodowo. Zaraz, zaraz… też nie kojarzycie jej z żadnej roli poza „M jak Miłość”? No właśnie.

Z drugiej strony jest Maria Seweryn. W ostatnich miesiącach wszystkich rozgrzewa jej związek z Igorem Dzierzęckim. Marysia była już w ciąży, wyrzekła się jej matka, straciła Och Teatr, nie zdziwiłbym się, gdyby za tydzień wstąpiła w szeregi ISIS. Co na to sama artystka? Konsekwentnie milczy. Tydzień temu rozmawialiśmy i pytałem się, czy nie ma ochoty w końcu tego skomentować. Powiedziała, że nie ma. Na początku byłem zdziwiony, ale po przemyśleniu w pełni ją rozumiem. Cokolwiek by powiedziała, i tak zostanie rozstrzelana. Jeśli powie, że „jestem szczęśliwa”, to okaże się, że „za nic ma prośby matki”. Jeśli przyzna, że „jestem w ciąży”, to „uległa bawidamkowi! To będzie jego szóste dziecko!”. I tak dalej. Seweryn jest teraz w pułapce, jaką zastawiła na nią kolorowa prasa. I robi to, co najlepsze – czeka, aż wydarzy się coś nowego, co odsunie od niej uwagę.

Powiecie, że to hipokryzja z mojej strony, bo sam siedzę w prasie show-biznesowej od kilku lat. A skąd, żadna hipokryzja! Media żyją z gwiazd, a gwiazdy żyją z mediów. To nieśmiertelna symbioza, która sama się nakręca i pożera. Ania Mucha z wózkiem, Krystyna Janda z kremem, Magda Gessler z tabletką, a Katarzyna Skrzynecka z pasztetem. Gwiazdom – nieważne jakiej klasy – zależy na zainteresowaniu z jednego, prostego powodu. To się pośrednio przekłada na ich stan konta. Janda dzięki wypuszczeniu własnych kremów (widzieliście jaka była nieszczęśliwa na promocji?) zbiera na teatr, a Krystyna Prońko rozmawiając z „Super Expressem” przypomina o swoim istnieniu. A być może ktoś z telewizji zadzwoni, zaprosi, może jakiś duet się uda stworzyć i zarobić parę groszy? Tajemnicą poliszynela jest, że pewna dojrzała i bardzo ceniona aktorka chodzi do telewizji tylko wtedy, jak jej zapłacą. A ile? „Choćby i sto złotych” – zwykła powtarzać. Czy to medialna prostytucja? Nie sądzę. Nie zapominajmy, że show nie bez kozery łączy się ze słowem „biznes”. Pieniędzy – zwłaszcza w Polsce – wielkich na tym nie można zarobić, a większość gwiazd ma kredyty we frankach, lecz przecież nic tak nie cieszy jak blask fleszy. Wielu było już krytyków tej symbiozy, którzy po drugim wywiadzie w „Gali” płynnie wchodzili w rolę celebryty. Tak było zawsze i tak będzie. Miejmy tylko nadzieję, że więcej będzie osób wyrazistych i ciekawych, a mniej Glinko-Socho-Cichopko-Zielińsko podobnych stworów. Dlatego tym bardziej trzymam kciuki za Miśka Figurskiego i przeżyłem śmierć Roberta Leszczyńskiego – są jacyś. Dlatego też cenię Michała Witkowskiego, Ilonę Felicjańską, Kayah czy Dodę – mają osobowości. A to jest w polskim show-biznesie towarem deficytowym – w przeciwieństwie do pasztetowych historii ze ścianek przyprószonych brokatem. Show must go on!

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *