PATRYK CHILEWICZ

Spokój

Published (updated: ) in przemyślenia. Tagi: .

Dziesięć lat temu, gdy moje życie było jednym wielkim chaosem, nad którym nie miałem żadnej kontroli (i tej kontroli mieć nie chciałem, płynąłem nieprzerwalnie), spokój był dla mnie czymś dramatycznym. Najlepiej wyrażała to piosenka nieodżałowanego zespołu Super Girl & Romantic Boys.

Wychowany w romantycznym kulcie, rozumianym jako bycie przeznaczonym cierpieniu i smutkowi, trwałem w tym spokoju. Dziś nazwałbym go nieustannym skazywaniem się na smutek, dążeniem do upadku i akceptowaniu tego, że jestem osobą wyjątkowo wrażliwą, a przez to przeznaczoną do nieszczęścia.

Wydawało mi się to naturalne, trwałe i pewnym constansem, na który jestem skazany. Umartwianie się w wersji Werter 2.0 zdawało mi się naturalnością. W końcu Widocznie tak musiało być / Dziś dla mnie już nie znaczysz nic. / Nie wejdziesz przez zamknięte drzwi, / Przede mną wielka ciemność.

Minęły lata, przeszedłem wielką metamorfozę i spokój zaczął dla mnie znaczyć coś zgoła odmiennego. To już nie jest bolesna cisza, przerażająca pustka czy dramatyczne trwanie w miejscu, jak wtedy.

Dziś spokój kojarzy mi się z poczuciem bezpieczeństwa, radosnym pozwalaniem sobie na chwilowe lenistwo czy chwilami wyciszenia (wewnętrznego, jak i od wszystkich bodźców dookoła), które pozwalają mi poskładać myśli w całość i sprawiają, że moja głowa przestaje się choć na chwilę palić od nadmiaru emocji, wrażeń i informacji.

Spokój jest dla mnie dziś przystanią, w której znajduję chwilę na relaks i odpoczynek od wszystkiego i wszystkich wkoło. Tak, można kochać swoje chaotyczne życie i chaotyczne relacje z ludźmi, ale można moim zdaniem także chcieć od tego na chwilę odpocząć. Na chwilę, czyli na kilkadziesiąt minut czy kilka godzin, podczas których można docenić samego siebie.

Spokój to też dla mnie wyrażenie wdzięczności samemu sobie. Już nie boję się swoich myśli, nie muszę ich zagłuszać używkami czy uczestniczeniem w sytuacjach, które mnie tak naprawdę nie interesują. Spokój to dla mnie komfort bycia sobą i robienia tego, na co mam ochotę. Czasami jest to przeczytanie mądrego eseju, czasami oglądanie wideo z małymi kotkami, a czasami po prostu zamknięcie oczu i pozwolenie na to, by promienie słoneczne rozpaliły moją twarz.

Tego słowa na „s” nie mam ostatnio zbyt dużo, ale obiecuję sobie, że to się zmieni. Że przyjdzie (szybciej niż później) czas, w którym dokończę rozgrzebane wiersze, narysuję kilka plansz komiksu, który mam rozrysowany w notatniku czy napiszę książkę przygodową, która siedzi mi w głowie. Ten moment musi nadejść, bo spokój jest czymś, bez czego nie mogę teraz żyć. Kiedyś go nienawidziłem, dziś jest ważnym elementem mojego selfcare. A nie ma nic ważniejszego od dbania o samego siebie, choć tego też musiałem się nauczyć. I uczę się wciąż, bo to aspekt wciąż niedokonany ostatecznie.