Szczęść boże, księże Januszu!

Piąty dzień boli mnie głowa i połówka serca, która jakimś cudem została przy mnie. Wtem dzwoni telefon, numer nieznany. Zwykle nie odbieram, lecz teraz coś mnie tknęło.
– Szczęść boże, księże Januszu! – słyszę zadowolony, męski głos. Robię sobie w głowie rachunek sumienia kto może wycinać mi numer. Szybko znajduję paru kandydatów.
– Wiktor? Paweł? Jasiek? – zaczynam zgadywać na głos.
– No gdzież tam, przecież to ja, Adam. Miałem do księdza zawdzonić i zapytać o weekend – słyszę. Trochę nie mam siły kontynuować tej rozmowy, lecz z drugiej strony wyzywano mnie już od najgorszych, ale jeszcze nigdy nie przeklnięto klerem. Zaczyna mnie to bawić, jednak postanawiam zlitować się nad facetem – tak rzadko w końcu słyszy się już słowo „gdzież”.
– Obawiam się, że to pomyłka, panie Adamie.
– Ale jaka pomyłka? – pyta nieustępliwy rozmówca.
– Ani nie jestem księdzem, ani nie wychodzę w weekend – odpowiadam.
– Acha – stwierdza pan Adam i milczy.
– Także do widzenia…
– Ale to nie rozmawiam z księżem Januszem?
– Tłumaczę panu, że nie…
– No to trudno, do widzenia – mówi wyraźnie przygaszony.
– Szczęść boże! – rzucam przebiegle. Słyszę z drugiej strony emocje i pytania, że skoro nie jestem księdzem, to po co się tak żegnam. Za późno. Zakończyłem połączenie. Adam już nigdy nie dowie się czy rozmawiał z właściwą osobą.

ilustracja: Sarah Goodreau

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *