Trójmiejskie przygody, czyli gdzie to show, Justin?

zdjęcie 4 (1)

Zacznijmy od początku, a początki były nad wyraz ciężkie. Wstawanie o 4:00 nad ranem powinno być zabronione. Uczucie, gdy budzisz się mimo że poszedłeś spać trzy godziny wcześniej jest gorsze nawet od tego momentu, w którym taksówkarz zmusza cię do słuchania Dody. Bardzo próbowałem zrobić sobie wtedy jakieś w miarę atrakcyjne selfie, ale ręka trzęsła mi się jak po imprezie z Andrzejem Chyrą. Także fotorelacji ze wstawania brak.

Najgorsze jest to, że zawsze człowiek łapie się na tym, że skoro wyjedzie skoro świt, to będzie miał jeszcze cały dzień do przeżycia. Jeśli nie jest się narkomanem to naprawdę trudno pozbierać się po kilku godzinach snu i kilku godzinach podróży. To wcale nie jest fajne. Także we wtorek byłem w Trójmieście koło 11:00, lecz czułem się jakbym był jedenastą godzinę na afterze.

Mimo to udało mi się znaleźć świetne miejsce obiadowo-lunchowe. Gdyński lokal Chwila Moment ma ceny trochę wyższe niż standardowe knajpy, lecz nadrabia smakiem oraz muskularnymi, przystojnymi kelnerami. Można się zakochać – i piszę tutaj oczywiście o dobrym winie i świeżych rybach!

zdjęcie 5
Zadowolony Maciek na relaksie.
zdjęcie 4
Po posiłku w Momencie. Najedzeni i szczęśliwi.

Z Trójmiejskich miast każde oferuje co innego: Sopot standardowe uciechy deptakowe, Gdańsk bogatą historię i zaplecze kulturalne, a Gdynia najładniejszą (według mnie) architekturę. Oraz port z prawdziwego zdarzenia, a nie te plastikowe stateczki z molo.

zdjęcie 3 (2) zdjęcie 2 (2)

Wieczorem oczywiście koncert. Sprzedało się 42 tysiące biletów, a PGE Arena naprawdę robi wrażenie: jest wielka, ładna (żebyś ty tak wyglądał, Stadionie Narodowy…) i świetnie zorganizowana. I to właściwie tyle z pozytywów, jakie mogę napisać o tym wieczorze.

O tym, że będą piski, wrzaski, omdlenia i majtki przez głowę wiedziałem – występował w końcu nie tylko dobry muzyk, ale też przystojny facet i idol, na którym wychowuje się kolejne pokolenie. Bardzo nie lubię wrzasków, lecz przygotowałem się na nie. Taki mamy klimat. Nie wiedziałem jednak, że to co zobaczę będzie najmierniejszej jakości, o jakiej nawet nie myślałem.

zdjęcie 5 (1)

Zacznijmy od największej bolączki polskich koncertów – nagłośnienia. Na stadionie wielkości prawie 37 tysięcy metrów kwadratowych ustawione były cztery (powtarzam: cztery) duże, festiwalowe głośniki. Słyszalność tego, co śpiewa Timberlake ograniczała się więc do strefy golden circle. A co z całą resztą? Mój bilet nie należał do najtańszych, a w sferze dźwięków dostałem rozstrojone radio i gdyby nie to, że Justin grał przede wszystkim świetnie znane hity, to nie rozpoznałbym żadnego podkładu. Bo o usłyszeniu jego głosu w połowie występu już przestałem marzyć.

zdjęcie 3

Kolejna sprawa to aranżacja samego występu. JT występował w Gdańsku w ramach swojej regularnej trasy, więc nie wiedzieć czemu zabrakło takiej samej scenografii, jaką mogli zobaczyć jego fani na innych koncertach. Mówię tutaj przede wszystkim o „miodowym” wystroju, który był tak komplementowany podczas innych występów i robił niezwykłe wrażenie w Londynie czy Nowym Jorku. A u nas? Wszystko na biednie, kilku tancerzy robiących co mogą, w środku Justin, a dookoła długo, długo nic. Trochę nie fair, bo ceny za bilety były praktycznie takie same jak na Zachodzie.

zdjęcie 2

Ale były też miłe elementy koncertu. Szkoda, że dopiero gdy zszedłem z trybuny. W drodze do łazienki (rozcieńczone wodą piwo zrobiło swoje) zaczepił mnie młody chłopak.

– ohpatryk? – zapytał.
– Zgadza się.
– Nie spodziewałem się ciebie tu spotkać. Ale fajnie. Gratuluję super bloga i trzymam kciuki za ciebie – powiedział rozemocjonowany nieznajomy.
I to było miłe. Przez chwilę sam poczułem się jak gwiazda wieczoru. Fajnie czasami dostać jakiś miły znak od przyjaznych osób. Zwłaszcza przy morzu hejtu, który rozlewa się na co dzień.

Środa upłynęła leniwie. Dzięki temu, że we wtorek zrezygnowaliśmy z afterparty, mogliśmy rozkoszować się całym dniem na słońcu dworzu. Jak prawdziwi turyści najpierw zjedliśmy hotelowe śniadanie (o co chodzi z tą nazwą „kontynentalne”, które sprowadza się do parówek, szynki z Fresh’a i serków topionych?!), by szybko ruszyć na miasto. Na miasto, czyli na Sopot. Zaliczyliśmy obowiązkowe molo, gdzie poznaliśmy wspaniałe mewy. Ja się zakochałem. Nie dość, że są piękne, to jeszcze tak uroczo niezdarne. Po krótkiej wymianie zdań doszedłem do wniosku, że również bardzo kulturalne i obyte. Gdzie one nie były…

zdjęcie 4 (2) zdjęcie 2 (1)

zdjęcie 3 (1)
Gender w Sopocie!

Z wycieczki przywieźliśmy konieczne suweniry. W tym roku obowiązującą modą są maski celebrytów, polityków i zwierzątek. A więc kupiliśmy i my: ja oczywiście kotka, Ola królową Elżbietę, a Maciek Johnnego Deppa. I tak w tych maskach wracaliśmy do Warszawy. Zabawne, że za każdym razem jak wysiadam na Centralnym i biorę głęboki wziew miksu zapachów sików, kebaba oraz metalicznego brudu to wiem, że w końcu jestem w domu.

zdjęcie 5 (2)
Królowa wraca Słonecznym do Warszawy.

zdjęcie

A na koniec moja obowiązująca w Trójmieście stylówa:

zdjęcie 1 (2)

 

Komentarze:

3 Replies to “Trójmiejskie przygody, czyli gdzie to show, Justin?”

  1. ‚Zabawne, że za każdym razem jak wysiadam na Centralnym i biorę głęboki wziew miksu zapachów sików, kebaba oraz metalicznego brudu to wiem, że w końcu jestem w domu.’ maaaamm tak saaaamo ja Tyyyyy ♪ ♫

  2. Super sprawozdanie … dodatkowo bym dodał niestety okrojone show 21 z 31 piosenek, które prezetnuje podczas trasy to też troche lipnie … nie wiem kogo to był wymóg ?!

  3. z tego co mi wiadomo, to koncert w Polsce był „nadprogramowy” i nie był pierwotnie wpisany w światową trasę. stąd pewnie biedna scenografia + okrojona setlista.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *