Trzymam gardę

Pewnie mało osób w to uwierzy, ale kiedyś naprawdę interesowałem się sportem – dużo pływałem (temu zawdzięczam w miarę rozbudowaną klatę), a przez kilka lat ćwiczyłem jujitsu. Jako że jestem stworzeniem bardzo niecierpliwym, to szybko znudziłem się sztukami walki, ale wyniosłem stamtąd jedną ważną rzecz – gardę.

Pozycję obronną z maty szybko przeniosłem do życia codziennego. Nauczyłem się gryźć w język – a kto mnie zna wie, jaką potrafię mieć niewyparzoną gębę. Zrozumiałem też, że nie ma co wychylać się z inteligencją czy tematami, które rzeczywiście mnie interesują, jak umieranie, uzależnienie duszy czy sens miłości. Zacząłem interesować się popkulturą, dzięki czemu ból istnienia trochę minął i został zastąpiony perypetiami rodziny Kardashianów. Stałem się w tym na tyle perfekcyjny, że zacząłem tym zarabiać na życie.

Gardę trzymam też w relacjach osobistych. Nie pozwalam się zbliżyć za blisko nie chcąc zostać zranionym. Już raz to zrobiłem i zraniłem się bardzo. Tak, sam siebie, nikt mi celowo krzywdy nie zrobił. Cóż, może ten typ tak ma, może po prostu nie mogę dawać całego siebie, bo wszystko się w końcu kończy, a jak dam całego siebie to nic ze mnie zostanie dla mnie?

Pozycję obronną stosuję zarówno wśród nowych znajomości, jak i starych przyjaźni. Na pierwszy rzut oka można mnie brać za zgorzkniałego cynika, który marzy o szybkim końcu naszego gatunku lub co najmniej o tym, by konstytucyjnie ucinano każdemu język przy porodzie. Jak jest naprawdę? O tym przekonało się dotychczas tak mało osób, że zliczę ich na rękach jednej dłoni.

To nie jest tak, że kłamię czy udaję kogoś innego. Garda jest nieodłączną częścią mnie, filarem mojej codzienności. Niektórzy być może uznają to za smutne, lecz wierzcie mi – będąc w pozycji obronnej sprawiamy, że życie mniej boli. A że potrafi boleć cholernie chyba nikomu nie muszę tłumaczyć.

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *