Tydzień z faszystowskim ścierwem

Gdy na prawym nadgarstku tatuowałem sobie napis „Warszawa” byłem przekonany o tym, że moja miłość do tego pokiereszowanego, smutnego i wciąż targanego kryzysami miasta przetrwa wszystko. Ubiegły poniedziałek sprawił, że już prawie zwątpiłem w sens mieszkania w stolicy. Gdy zaryglowany w domu (mieszkam w centrum, a więc również w centrum zamieszek) oglądałem doniesienia w stacji informacyjnej, czytałem wpisy znajomych o tym, co dzieje się na ulicach i widziałem kolejne podpalenia, zniszczenia i brunatną zarazę wylewającą się po ulicach mojego miasta niemal zwątpiłem. I popłakałem się ze zwykłej niemocy. Już nawet nie ze złości, ale z bezsilności na to, co faszystowskie bojówki przy biernym wsparciu „klasy” rządzącej i policji, robią z moim miastem.

Tego dnia bałem się wyjść na ulice. Gdy wieczorem przejeżdżałem z moim chłopakiem Marszałkowską ze wstydem patrzyłem na spaloną tęczę. Wstydziłem się za swój kraj, za swoje miasto i za rządzących, którzy w żaden sposób nie przeciwstawili się terrorowi, jaki kolejny raz zapanował w mieście.
Nie chcę pisać o wydarzeniach tego tygodnia, bo każdy zna fakty, trudno było przed nimi uciec. Straty, pobicia, obojętność służb porządkowych, a także urzędników miejskich znów sprawiły, że jedyne na co miałem ochotę to sprzedać policzek Hannie Gronkiewicz-Waltz i Donaldowi Tuskowi z pytaniem: dlaczego? Dlaczego pozwalają, by mniejszość terroryzowała większość? Dlaczego nikt nie przeciwstawił się bandytom? Dlaczego policja stała w bocznych uliczkach bojąc się użyć siły wobec faszystów? Dlaczego nikt nie stanął w obronie bezbronnych skłotersów, tęczy, która przecież nikogo nie zaczepiła pierwsza i wreszcie w obronie zwykłych ludzi, którzy nie mogli radośnie świętować niepodległości przez bandę wyrostków, których miejsce od dawna powinno być za kratami?

Na te pytania nikt mi nie odpowie. Co więcej – nikt ich nie zada. Pilnie obserwowałem komentarze, rozmowy i wywiady, które miały miejsce po tych haniebnych wydarzeniach. Nie dość, że dziennikarze omijali kwestie niszczenia mienia publicznego i odpowiedzialności za te wydarzenia, to jeszcze do swoich programów zapraszali ludzi, którzy są współodpowiedzialni za szerzącą się w społeczeństwie nienawiść i wzajemną pogardę.

Jako że media po raz kolejny nie potrafiły odpowiedzieć na podstawowe pytania, postanowiłem sam skontaktować się z urzędnikami Warszawy i zapytać dlaczego ta sytuacja po raz kolejny miała miejsce. Napisałem maile do Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Wiadomość wysłałem zarówno do pani dyrektor Ewy Gawor, jak i do jej zastępców: Marka Kujawy, Pawła Superczyńskiego oraz Mirosława Szymanka. Niestety bez odzewu. Postanowiłem więc zadzwonić i zapytać się telefonicznie. Gdy udało mi się dodzwonić pani w słuchawce, bez przedstawiania się, spytała oschle o co chodzi. Wyjaśniłem, że wysłałem maila do urzędników Biura i prosiłbym o odpowiedź. Gdy anonimowa kobieta usłyszała w jakiej sprawie, odłożyła słuchawkę. Myślałem, że to błąd połączenia, starałem się dodzwonić ponownie, sygnał jednak urwał się. Myślę, że to znaczący symbol tego, w jaki sposób traktuje się obywateli tego miasta.

Kolejne dni były dla mnie paranoidalnym ciągiem obaw. Skoro urzędnicy rzucają słuchawkami, policja nie pali się do obrony obywateli, a faszystowskie bojówki mogą legalnie niszczyć stolicę europejskiego kraju to czy można czuć się w niej bezpiecznie? A jeśli mi się coś stanie czy ktoś zareaguje? Gdzie będzie wtedy policja? Kto poniesie odpowiedzialność?

zdjęcie 1 zdjęcie 3 zdjęcie 4 zdjęcie 5Piątek przyniósł ukojenie. Mieszkańcy skłotu Przychodnia, który został częściowo zniszczony przez bandytów (przy kolejnym przyzwoleniu policji), zorganizowali demonstrację pod nośnym hasłem „Wolności nie spalicie”. Mimo, że przybyło nas kilka dobrych tysięcy (choć według niektórych portalików zaledwie 500), ruch antyfaszystowski nie spotkał się z większym zainteresowaniem mediów. Cóż, prawda jest taka, że nikogo nie pobiliśmy, nie wznieciliśmy wojny i nie urządziliśmy sobie stosu. To smutne, że trzeba dopiero przelać krew, by zostać usłyszanym przez media głównego nurtu. Smutne, że faszystom i mądrym głowom wciąż powtarzającym to samo poświęcano całe godziny, a spokojnym i uśmiechniętym antyfaszystom zaledwie wzmiankę o demonstracji.

Mam nadzieję, że wszystkie osoby, które z taką radością lajkowały moje zdjęcia z demonstracji na Instagramie ruszą w końcu tyłki. Ostatni tydzień świetnie pokazał, że po stronie normalności nie stoi ani władza, ani policja, ani media. Jesteśmy pozostawieni sami sobie, co może rodzić trudności w dotarciu do omamionego społeczeństwa, lecz być też zbawieniem wobec zaplątanych w układach pionków z telewizji czy Sejmu. Solidarność naszą siłą!

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *