Co by było, gdyby nauczycielka od matematyki mnie nie nienawidziła? // felieton

man in black and white polo shirt beside writing board
Photo by Pixabay on Pexels.com

Miałem taką nauczycielkę matematyki w gimnazjum, panią B. Pani B. była kobietą po czterdziestce o konserwatywnym wyglądzie i takich też poglądach. Nie, to nie moje domysły, bo mówiła wprost o swoich sympatiach politycznych. A głosowała dumnie na Prawo i Sprawiedliwość.

Zdarzało jej się uderzyć dziecko linijką, krzyczeć, stosować przemoc słowną. Pamiętam, jak kiedyś złapała mnie za koszulkę tak, że mi ją rozerwała. W domu powiedziałem, że kolega mnie poturbował. Było to mniejszym złem niż przyznanie się, że nauczycielka mnie poszarpała. Nie dlatego, że wstyd, ale dlatego, że strach przed konsekwencjami, gdybym zgłosił sprawę. Takie to były klimaty.

Pani B. była surową nauczycielką, takim typowem „szkolnym postrachem uczniów”. Nie dość, że biła, to jeszcze wymagała bardzo dużo, a wszystkie osoby, które nie nadążały, wyśmiewała. Dosłownie, śmiejąc się z dzieci na forum klasy. Pamiętam, że jedna dziewczyna miała problem z jakimś zadaniem, więc pani B. wzięła jej zeszyt i przedrzeźniając zaczęła mówić bzdury typu „dwa dodać dwa równa się pięć”.

Wydaje mi się, że pani B. nienawidziła swojej pracy i dzieci ogólnie. Jej postawa nie miała charakteru jednorazowych wyskoków, była trwała i po cichu tolerowana przez resztę nauczycieli. „Taka już jest.” „Tak, wymagająca.” „Pokazuje, jakie jest życie.” Tych wymówek mających usprawiedliwić przemoc nauczycielki względem dzieci było mnóstwo. Najczęściej „argumentem” było stwierdzenie, że ten kto się uczy, nie ma problemów z panią B.

Ostatnio zastanawiałem się, co by było, gdyby pani B. mnie nie nienawidziła? Czy mógłbym polubić matematykę wcześniej? Czy mógłbym zacząć ją szanować, rozumieć? Jak potoczyłoby się moje życie, gdybym nie zdecydował się na profil humanistyczny, na co duży wpływ miało nastawienie mnie przez panią B. do nauk ścisłych? Tego nie wiem. Nie wiem co też dziś słychać u pani B. Mam nadzieję, że już nie uczy.


2 comments

  • Mam nadzieję, że się coś zmieniło, ale chyba nauczyciele wpadając w rutynę pracy, zapominają, jaki moga miec wpływ na uczniów, a co za tym idzie całe ich zycie. Oni w tej masie nas, uczniów, nie pamiętają, a my ich pamiętamy zawsze, niektórych lepiej, innych gorzej. Podzielę się moją historią z matematyką – trochę inną, a trochę podobną…

    Generalnie miałem – moim zdaniem – świetnych nauczycieli. Lubiłem osoby wymagające, pokazujące, że jest jeszcze ogrom wiedzy do zdobycia, osoby wśrod innych uczniów często niepopularne. Dotyczyło to wielu przedmiotów, w tym matematyki. W gimnazjum byłem na tzw. profilu matematycznym, wiedziałem, że nie jestem wybitnym matematykiem, że są lepsi, ale mimo to startowałem w konkursach i lubiłem spędzać długie godziny próbując robić zadania z gwiazdką albo z trudniejszych zbiorów zadań, chodziłem potem do nauczycielki obgadać, dlaczego mi nie wychodzi. Siłą rzeczy w liceum też wybrałem rozszerzenie, przyglądałem się wtedy też kierunkom studiów związanych z teoretyczną matematyką. Cieszyłem się, gdy uslyszałem, że będzie mnie uczyć bardzo znany nauczyciel, znany właśnie z tego, że uczył wg swojego jakby autorskiego programu, inicjował różne akcje popularyzujące matematykę itp. – taki pasjonat z powołania. Moja nauczycielka z gimnazjum tez się cieszyła, że prawdopodobnie trafię w dobre ręce, że moje „serce” do matmy się nie zmarnuje. No cóż….. stało się inaczej.

    Ma tutaj znaczenie, że jestem transfacetem, a w szkole nie bylem wyoutowany, więc wszyscy traktowali mnie jak dziewczynę. Dodatkowo z czasem coraz gorzej sobie z tym radziłem, ostatecznie chciałem tylko przetrwać do 18 r.ż. żeby zacząć hormony; w zasadzie z nikim się nie zadawałem i uciekalem w naukę/książki. Zawsze ścisłych przedmiotów uczyłem się najefektywniej w praktyce, czyli przy tablicy i nawet jak nie umiałem rozwiązac zadania, a miałem pomysł tylko na to, jak je zacząć, to i tak się zgłaszałem, przy tablicy albo mnie olśniewało, albo mówiłem na głos mój tok myślenia i nauczyciel mnie naprowadzał. Mimo że jestem zamknięty w sobie, to tak dla kontrastu na wszystkich przedmiotach zawsze byłem aktywny, bo po prostu lubiłem się uczyć.

    I okazało się, że ten nauczyciel-pasjonat z liceum uważał, że dziewczyny wolniej kumają matematykę i niejednokrotnie między słowami to wyrażał. Rodzice ponoć zwracali na to uwagę na zebraniach, ale ostatecznie matematyk cierpliwie wszystko tłumaczył dostosowując się do możliwości ucznia, dydaktykiem był naprawdę świetnym, ludzie zdawali b. dobrze matury, a na studiach mieli łatwiejszy start, więc ostatecznie te seksistowskie przekonania brało się niejako z dobrodziejstwem inwentarza.
    Tak jak na innych lekcjach skupiałem się na treściach i to, że nauczyciel uznawał mnie za dziewczynę mnie nie kuło, tak na matematyce z tym facetem jego odmienne nastawienie do dziewcząt totalnie mnie paraliżowało (mimo że przeciez 99% lekcji stanowiła matma). Przez to gorzej przyswajałem treści, bałem się odzywac, zadawac pytania, w ogóle się nie zgłaszałem, siedziałem cały czas spięty – bałem się, że mnie o coś zapyta i się zbłaźnię – w efekcie w oczach tego nauczyciela rzeczywiście wychodziłem na „dziewczynkę, której matma ciężko wchodzi”; to mnie dołowało jeszcze bardziej i koło się zamykalo…

    Kiedyś musieliśmy zrobić prezentację z matematyki nt. jakiegoś zagadnienia teoretycznego (wybieraliśmy z listy), nie pamiętam już swojego tematu, ale zrobiłem to w formie „wykladu”, tzn. była prezentacja w PowerPoincie i do kazdego slajdu wstawiałem ściezkę dźwiękową- to, co bym mówił na żywo (rok jakoś 2011). okazało się, że matematyk był zachwycony moją pracą, stwierdził, że jest na poziomie akademickim (z tego, co pamiętam, to zagadnienie po prostu było objaśniane głównie w podręcznikach dla studentów i gdybym miał je zrobić po łebkach na podstawie źródeł internetowych, to zajęłoby 2 slajdy…). W każdym razie, pochwalił moją pracę, ale „za plecami” – przez wychowawcę, matkę, osoby z klasy, chciał się dowiedzieć, kto mi w tym pomagał, bo nie wierzył, że zrobiłem to samodzielnie…

    Ostatecznie matematyka z ukochanego przedmiotu stała się rzeczą „do przetrwania”, a ze względu na rozszerzenie była w 4 z 5 dni tygodnia, w tym blok 2 godzinny. Przy moim ówczesnym stanie psychicznym to było jak kopanie leżącego 🙁 Miałem głównie dwóje i tróje, rozszerzoną matmę zdałem na śmieszne 38%.

  • Gnojenie za nic jeszcze nigdy nikomu nie pomogło. Ja kocham Matematykę mimo, że zupełnie jej nie umiem. Czuję się bezwartościowy i nie mam pojęcia czy się kiedykolwiek uczyłem po 10 roku życia. Zdarzają się nauczyciele, którzy mają ogromny problem jeżeli nie umiesz i zamiast pomóc deprecjonują Twoją osobę. Zazdroszczę koledze obok, że się w ogóle odważył zdawać maturę rozszerzoną i cały czas nie bał się pokazać że się uczy, niepoddając się mimo braku umiejętności. Mimo po prostu zabrakło wiary w to co czuję, bez patrzenia na kolejne „nie umiem”, jedynki czy inne przeciwności losu. Od trzynastego roku życia marzę o tym by dawać korepetycje z z Matematyki i Fizyki, mam konto na stronie z korepetycjami. Chciabym zmienić opis ale nie wiem jak, bo chciałbym aby uczniowie przychodzili do mnie już z konkretnym problemem, którego mógłbym się wcześniej nauczyć. Zdawałem piąty raz maturę z Matematyki, marzę o tym by studiować Fizykę w Łodzi. Ludzie bardzo często myślą „nie wychodzi mi to nie będę robić”, odrzućcie to ! Bo nie będziecie mogli nawet zrobić obiadu mimo, że tego chcecie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.