Dwa na jedną, czyli interpretacje Kory: Ralph Kamiński oraz Ramona Rey

ramona rey ralph kaminski

W tej historii znam całą trójkę: Ramonę Rey, Ralpha Kaminskiego i nieodżałowaną Korę. W różnej intensywności, z każdą mam jakieś wspomnienia.

Ralpha Kaminskiego znam przez wspólnych znajomych. Pojawiał się w najbardziej mrocznym okresie mojego życia, w najbardziej dziwnych momentach, typu siedzimy trzecią dobę na afterze i nagle wchodzi on, cały na biało. No ok, nie na biało, ale w jakiś sposób lśnił. Nie był wtedy znanym piosenkarzem, raczej aspirującym chłopakiem z wielkim marzeniem. Fajnie, że to marzenie spełnia się, choć – przyznam – poznałem takich marzycieli na pęczki i zwykle wątpię w to, że im się uda. Cieszę się, że tym razem pomyliłem się.

Ramonę Rey nawet nie pamiętam kiedy poznałem, ale była już wtedy po swym głośnym „Skarbie” i pierwszych sukcesach komercyjnych. Mimo to wciąż była dostępna w tym sensie, że nie otoczyła się murem fejmu, a jej nos nie był zadarty do samych niebios. Ramona zawsze miała burzę loków, a pod nią burzę pomysłów, które chciała realizować natychmiast, dużo, gęsto, szybko. No wariatka, w najlepszym słowa znaczeniu. Nie do końca kumam, dlaczego nie jest czołową gwiazdą Polski, ale mogę domyślać się tego. I jednocześnie trzymać za nią kciuki.

Kora zaś, ach ta Kora… Pierwszy raz spotkałem ją na planie Must Be The Music, gdzie jurorowała. Miałem umówiony wywiad, grzecznie czekałem w kolejce. Ona wtedy tych wywiadów udzielała hurtowo, byłem może z siódmy, ósmy. Wywiady męczą, zwłaszcza, gdy nie robi się tego od niechcenia, tylko serio angażuje w rozmowy. Zachwyciła mnie wtedy jej klasa, siła, urok osobisty i pełen profesjonalizm. Potem zrobiliśmy jeszcze dziesiątki telefonów zarówno z nią, jak i z Kamilem Sipowiczem we trójkę. Co to był za duet! Oni sami nakręcali się, mieli też absolutne porozumienie dusz, co wyczuwało się w tym, jak kończyli swoje zdania, zwracali do siebie, przemycali inside joke, które sami rozumieli. Ja oczywiście nie rozumiałem, ale słuchanie ich radości przynosiło mi radość.

W 2021 roku, w tym samym momencie, Ralph i Ramona postanowili wydać własne interpretacje piosenek Kory i Maanamu. I nie, nie będę ich porównywać, bo to zupełnie dwa różne pomysły i porównywanie ich byłoby jak porównywanie gruszki i jabłka. W teorii można, ale jaki to ma sens? Ugryzę to inaczej.

Ralph dla płyty „KORA”, w zasadzie z dnia na dzień, przeszedł absolutną metamorfozę wizualną. Doceniam to, doceniam gdy artysta potrafi zmieniać się całościowo dla kolejnego rozdziału swojej kariery.

Teledysk do „Po prostu bądź” jest oszczędny w formie, ale przez to zwracający uwagę i nie pozwalający oderwać wzroku od ekranu. To przykład, że nie trzeba wydawać milionów na klip, by był na naprawdę najwyższym poziomie. Głos Ralpha, chór, krwista czerwień tła, wiolonczela, fortepian… To robi robotę. To dobra robota. Będę wracał i już ląduje na mojej playliście AHORA.

Ramona Rey zaś poszła w to, w co umie świetnie, czyli w klubową elektronikę. Jej „Chcę Ci powiedzieć coś” to śmiały przykład reinterpretacji odważnej, ale naprawdę udanej.

Głos Ramony jest wyjątkowy, nadzwyczajny i niepowtarzalny. W połączeniu z mocnym bitem tworzy coś, co spokojnie moglibyśmy puścić na imprezie Vogule Poland. I choć bas jest mocny, a nastrój klubowy, to głos Ramony Rey sprawia, że utwór nie traci swojej delikatności i pierwotnego przekazu pewnego rozdygotania emocjonalnego, dozy niepewności, ale też wyzwalających się pokładów miłości podmiotu lirycznego. Świetna robota.

Fajna maanamowa jesień nam przyszła.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.