Dziś miałem z mężem wymianę zdań o tym, że zużywam za dużo papieru toaletowego i zacząłem sobie przypominać, że kiedyś były takie dni, gdy nie było mnie stać na najtańszy papier i musiałem korzystać z gazet, które wcześniej gniotłem, by były miększe. Parszywe to były dni, ale cieszę się, że są częścią moich doświadczeń.
Gdy już będzie koniec świata, tsunami, bomba atomowa czy cokolwiek innego, to ją zaklepuję siedzenie na szczycie Montserrat i oglądanie tego z góry!

Kilka refleksji dotyczących niektórych reakcji na mój nowy komentarz o skandalicznych pokrzykach Skolima:
- Tak jak Gosia Fraser napisała w swoim tekście: próg manipulacji polskim społeczeństwem jest niski. Zawstydzająco niski.
- Ludzie absolutnie mają w dupie co komentują. W tym przypadku z treści komentarzy jasno wynika, że nie czytali mojego komentarza, który komentują oraz założeń ustawy, o której mowa.
- Mam wrażenie, że niektórym wystarczy usłyszeć „artysta”, by widzieć obłąkanych milionerów mających się za lepszych od reszty. Smutne i nieprawdziwe.
- Ludzie nie mają żadnej świadomości dotyczących znaczenia kultury i jej wartości. Smutne, że dzieje się to w Polsce, której trochę nie było na mapie i która przetrwała w sporej części właśnie dzięki kulturze i artystom.
- Przeświadczenie, że skoro praca, jaką jest tworzenie sztuki, nie przynosi dużych fruktów finansowych, to powinno się ją porzucić jest – znowu – zawstydzające, pokazujące brak świadomości powstawania kultowych dziś dzieł, a także równa poziom ostro w dół.
Ja w dół równać nie zamierzam, nawet jeśli będzie to wiązało się z pokrzykiwaniem opętanej pogardą i niewiedzą tłuszczy. Tyle ode mnie.
Za mało jako społeczeństwo mówimy o tym, że wgapianie się w kogoś na ulicy jest niegrzeczne, a warto być grzeczną osobą.
Czy moje życie kiedyś się skończy? Bo patrząc na dzisiejszy dzień, to mam spore wątpliwości…
Fakt, że w 2026 roku ktokolwiek wymaga jeszcze ode mnie dostarczania papierowych dokumentów sprawia, że albo muszę mieć drukarkę w domu, albo szukać po mieście punktów ksero. Naprawdę będziemy udawać, że ten system jest w porządku? Drukarkę mam, ale tylko prehistoryczne instytucje (np. banki w Hiszpanii czy polskie urzędy rozliczające dofinansowania unijne) wymagają wydrukowania i przyniesienia czegoś, co można wysłać mailem. Jest więc schowana na co dzień, bo ani to ładne, ani korzystane. A więc rozłożyłem drukarkę, uruchomiłem, połączyłem z siecią Wi-Fi, połączyłem telefonem, z którego wydałem komendę drukowania. Drukować się nie zaczęło, bo – jak udało mi się ustalić dzięki Claude – specjalny walec zwany pick rollerem, który służy do przewijania papieru do wewnątrz urządzenia, zestarzał się biedaczek. Nic dziwnego, bo odpalany jest raz na pół roku. AI poleciło oddać na gwarancję, co nigdy się nie wydarzy, a dokument jest mi potrzebny za godzinę… Tzw. metodą po polsku, za pomocą poranionej już przez te wyczyny prawej dłoni, dopychając i podważając, udało mi się strona po stronie wydrukować te jebanych trzydzieści siedem stron. Trwało to wieczność, ale udało się. Do zobaczenia za pół roku, skurwysynie.