Fakt, że w 2026 roku ktokolwiek wymaga jeszcze ode mnie dostarczania papierowych dokumentów sprawia, że albo muszę mieć drukarkę w domu, albo szukać po mieście punktów ksero. Naprawdę będziemy udawać, że ten system jest w porządku? Drukarkę mam, ale tylko prehistoryczne instytucje (np. banki w Hiszpanii czy polskie urzędy rozliczające dofinansowania unijne) wymagają wydrukowania i przyniesienia czegoś, co można wysłać mailem. Jest więc schowana na co dzień, bo ani to ładne, ani korzystane. A więc rozłożyłem drukarkę, uruchomiłem, połączyłem z siecią Wi-Fi, połączyłem telefonem, z którego wydałem komendę drukowania. Drukować się nie zaczęło, bo – jak udało mi się ustalić dzięki Claude – specjalny walec zwany pick rollerem, który służy do przewijania papieru do wewnątrz urządzenia, zestarzał się biedaczek. Nic dziwnego, bo odpalany jest raz na pół roku. AI poleciło oddać na gwarancję, co nigdy się nie wydarzy, a dokument jest mi potrzebny za godzinę… Tzw. metodą po polsku, za pomocą poranionej już przez te wyczyny prawej dłoni, dopychając i podważając, udało mi się strona po stronie wydrukować te jebanych trzydzieści siedem stron. Trwało to wieczność, ale udało się. Do zobaczenia za pół roku, skurwysynie.