Nie jestem z tego, za co mnie macie.
Nie z błysku, nie z pointy, nie z aplauzu –
to nosiłem latami jak nieswój płaszcz.
Jestem z miejsca, które tonęło o czwartej nad ranem,
z mieszkań pełnych dymu i cudzych imion,
z gramów po trzydzieści, z pryszniców po nocach,
co miały mnie zmyć, a tylko mnie hartowały.
Przeszedłem przez bagno
i nie utonąłem.
Wypiłem ciszę, która zostaje, gdy impreza gaśnie,
i nauczyłem się jej smaku na pamięć.
A potem – uwaga, bo to jest ta część,
w którą nikt nie wierzył –
ułożyłem siebie od nowa:
kość po kości, żart po żarcie, zdanie po zdaniu,
aż stanąłem prosto.
Jestem zbudowany z magii.
Nie tej z brokatu i tarota na sprzedaż,
ale tej, która każe trupowi wstać
i napisać o tym książkę.
Jestem kosmitą z bardzo dalekiej planety,
co wylądował na placu Zbawiciela
i przeżył.
Jestem czułością, co boli bardziej niż wszystko inne.
A jeśli pytacie, z czego mnie ulepiono –
to z bagna,
przepalonego na złoto.
Dotknij – jeszcze parzy.